30
Lip
2016
3

5. Puma na smyczy

Choć na blogu daleko było do częstotliwości notek z 2014 roku, to nie próżnowałem aż tak bardzo. Gdzieś w okolicach czerwca ktoś podrzucił mi temat: „co sądzisz o tym facecie który chodzi w Polsce z pumą na smyczy?”. I to był początek cyklu na moim blogu o zjawisku posiadania przez amatorów w Polsce dużych kotów w roli domowych maskotek – Google znowu tu pomoże wpisanym tekstem „Puma w ogródku”. Gdy zacząłem grzebać za sprawą byłego żołnierza który kupił sobie pumę i chodził z nią jak z psem, to ze zdumieniem odkryłem, że w Polskim prawie jest luka która pozwala przypadkowej osobie zalegalizować sobie jakiekolwiek zwierzę (łącznie z dużymi kotami) zwyczajnie rejestrujac się jako cyrk – bo polskie prawo daje możliwośc posiadania cyrkom takich zwierząt, ale nigdzie nie precyzuje, co to tak właściwie jest cyrk.

Mamy w tym kraju niezmiernie groźną lukę, która daje możliwość sprowadzania z zagranicy jakiegokolwiek zwierzęcia (Czechy stały się pod tym względem giełdą zwierząt Europy z uwagi na liberalne prawa) i nawet jeśli później zabierzesz pumę czy lwa na smyczy w miejsce publiczne, to odpowiednie organa są bezsilne bo brak procedur dzięki którym mogłyby działać. Jeśli jeszcze masz jakkolwiek opanowany PR w social media, to nagle masz kilka tysięcy osób zachwyconych faktem, że ktoś kupił sobie dużego kota i traktuje go jak udomowione zwierzę  – skąd niedaleko droga do tragedii i/lub naśladowców. Czy przeciętny człowiek wie, jakie są wymagania terytorialne np. pumy? Czy wie, jak duże koty nawet po 10 lat oswojonej niewoli potrafią nagle zamienić się w groźne zwierzę pod wpływem bardzo losowych bodźców? Nie. Nie ma w tym kraju powszechnej wiedzy, bo i nie ma w nim naturalnie żyjących dużych kotów. A nawet gdyby były, to mogłoby być jak w USA – przydrożne „cyrkomenażerie” są tam na porządku dziennym i chętnych do sweetfoci z dużymi kotami nie brakuje mimo faktu naturalnie żyjących tam pum.

W Polsce jeszcze nie jest powszechne trzymanie dużych kotów w roli domowych maskotek, ale tacy ludzie którym poświęciłem tonę tekstu są zarzewiem problemu który będzie w przyszłości. Pracując nad tekstami poświęconymi temu niebezpiecznemu i nietycznemu zjawisku cały czas chodziła mi po głowie kwestia Ambue Ari – piszę w końcu o czymś, czego symbolem jest człowiek który chodzi po ulicy z pumą na smyczy. Czym będzie się różniło chodzenie z pumą na smyczy w dżungli? Jeśli względy finansowe nie zabiły mojego planu tak względy etyczne mogą jak najbardziej. Potrzebowałem więcej danych, tym bardziej, że była to jesień 2015 roku i na wiosnę miałem już realny plan lecieć. Zacząłem rozmawiać z byłymi wolontariuszami a cel tych rozmów był jeden – bez zdradzania się ze swoimi wątpliwościami wybadać, czemu tak właściwie te pumy i jaguary są wyprowadzane, skąd się tam wzięły i jak działa ten ośrodek. Zajęło to kilka miesięcy. I krótko mówiąc, jeśli wierzyć temu co mi powiedziano, CIWY nie rozmnaża zwierząt, nie kupuje ich, a odbierane są głównie właśnie takim ludziom jak antybohater cyklu na moim blogu – czyli amatorom którzy kupili sobie duże koty myśląc, że to takie zwierzę jak pies czy kot domowy. I jeśli nie miałyby takich spacerów, to cale życie spędziłyby w klatce. To mnie nie uspokoiło tak jakbym chciał. Co jeśli okaże się, że jednak będę tam miał zastrzeżenia? Czy będę mógł spędzić tam 3 miesiące jeśli po kilku tygodniach okaże się, że to złe miejsce? A co z filmami? Co z opisem tego miejsca? Ze zdjęciami? Będę przecież nimi dokładał kolejną cegiełkę do rozsiewania wizji „puma na smyczy = udomowione zwierzę”. Przeciętny człowiek nie myśli widząc zdjęcie bezpośredniej interakcji człowieka z dużym kotem. Dla niego to proste – kot+człowiek= duży kot czyli takie coś jak pies. Publikując zdjęcia czy filmy z tego miejsca mogę się przyczynić do pogorszenia sytuacji i przyczynienia się do eskalacji problemu z którym tak naprawdę walczę. I tu był największy kryzys jeśli chodzi o ten wyjazd.

Nie przerażała mnie wizja samotnego pobytu 11 tysięcy kilometrów od domu, nie przerażało mnie wychodzenie z pumami czy jaguarami do dżungli, gdzie liczba rzeczy któte Cię może zabić liczona jest w jednostkach na metr kwadratowy. Przerażało mnie to, że ten wyjazd i materiały które z niego powstaną mimowolnie przyczynie się do czegoś, z czym trzeba walczyć. Przerażało mnie dołożenie cegiełki do idiotycznego systemu, i w sumie do tej pory nie wiem, czy jej nie dołożę – co jednak stało się w grudniu 2015 roku, czyli w okresie gdy powinienem już kupić bilet, to głos w mojej głowie który powiedział „Jak niby chcesz walczyć z czymś, co znasz tylko w teorii?”. „Jeśli to miejsce jest etyczne, to nie tylko zobaczysz jak funkcjonuje, nie tylko zobaczysz w praktyce jak działa aż tak bezpośrednia interakcja z dużymi kotami, ale też nabierzesz doświadczenia którego w tym kraju nie ma nikt oprócz właśnie ludzi chodzących z dużymi kotami na smyczy”. Wiem jak działa racjonalizacja, studiowanie psychologii nie poszło w piach – nadal jednak nie byłem pewien. I wtedy zadałem sobie pytanie: „Jeśli nie Boliwia, to co?”.

W 2015 nadal szukałem opcji i sprawa jest prosta: etyczne ośrodki oferujące wolontariat przy dużych kotach w Afryce też każą sobie płacić, i na palcach jednej ręki można policzyć te, które nie mają opłat. Te jednak wymagają referencji, a te z Polski są g…. warte. Od czegoś muszę zacząć, i Boliwia, jeśli wierzyć temu co wybadałem, jest nie tylko etyczna, ale i tania pod tym względem. To jedyna opcja i bez tego wyjazdu cały plan się posypie, a mi do fabryki azbestu na zachodzie się nie śpieszy. Bonus: nabierając doświadczenia z takiego działania dostanę do ręki oręż który można wykorzystać do walki z luką cyrkową w Polsce i amatorami z dużymi kotami na smyczy. Czy jest to warte potencjalnego rozwoju wydarzeń, że to co będę publikował zostanie zupełnie opacznie zrozumiane i przyczyni się do pogorszenia zjawiska o nazwie „chcę sobie kupić dużego kota?”. Być może – jeśli nie będę ostrożny.

Z takim nastawieniem w styczniu 2016 roku kupiłem bilet do Boliwii.

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply