30
Lip
2016
4

6. Przygotowania

Bilet kupiłem 30 stycznia – mam dziwny defekt umysłu który z ważnymi decyzjami każe mi zwlekać do ostatniej chwili. Nie da się opisać uczucia które towarzyszy Ci gdy 2 lata Twoich planów zostają podsumowane wciśnięciem „Kup” na stronie linii lotniczych. I gdy wtedy sobie uświadamiasz, że teraz już nie ma odwrotu. To jak orgazm po trwającej 2 lata grze wstępnej. Boom. Zrobiłeś to, i lecisz do dżungli zostawiając swój mały kokonik bezpieczeństwa za sobą. Odwrotu nie miałem, bo zabezpieczając się przed swoim neurotyzmem celowo też nie wybrałem opcji dającej możliwość przełożenia lotu. Lecę albo 5 kwietnia 2016 i wracam 29 czerwca, albo wszystko się komplikuje. Dopilnuj Panie Macieju, żeby się nic nie skomplikowało. Albo będzie buba.

Po zakupie biletu zaczałęm rozpisywać sobie co potrzebuję i zacząłem za tym grzebać. 2 sprawy były jasne:

1) Potrzebuję sprzetu do nagrywania który przetrwa dżunglę – mała kamera sprawdziła się w łódzkim rehabie dla dzikusów, do Boliwii potrzebuję czegoś kuloodpornego.

2) W obozie nie ma prądu. Jeśli mam nagrywać cokolwiek i robić jakiekolwiek zdjęcia, potrzebuję energii.

W obu tych dziedzinach byłem kompletnym amatorem. 0 wiedzy. Punkt pierwszy był w miarę prosty – kamera do sportów ekstremalnych GoPro. Punkt drugi nawinął mi się przypadkiem, gdy rozmawiałem z byłym wolontariuszem o prądzie. „Jest tam generator, ale służy tylko do lodówki z mięsem i zasilania biura – nie licz, że będziesz mógł coś naładować. Ale możesz wziąć ładowarki słoneczne”. Ładowarki słoneczne? Que? Hę? Google zawsze był moim dobrym przyjacielem, ale uświadamiając sobie, że za 2,5 miesiąca tam lecisz a nie masz pojęcia jaki sprzęt wybrać czujesz presję czasu. Ok, grzebmy. Po tygodniu badania tematu mniej więcej już wiedziałem jak to działa – rozkładasz przenośne panele, ładujesz sprzęt. Brzmi prosto. Brzmi mniej prosto jeśli masz na 3 miesiące pojechać gdzieś, gdzie jeśli coś się zepsuje lub nie będzie działać tak jak planowałeś, to tego nie wymienisz.

Przy zamawianiu na pierwszy ogień poszło GoPro. Sprzęt ma służyć na kilka wyjazdów, nie na ten jeden – czy jest sens oszczędzać? Nie. Najnowszy model, Go Pro Hero 4 Black. Zajeło mi długo wybadanie czym tak właściwie różnią się modele, i czy w ogóle sprawdzą się w tym, co chcę robić. GoPro jest w założeniu bardzo trwałą kamerą, która w teorii nadaje się idealnie do kręcenia w dżungli. Tyle wiedziałem w teorii, w praktyce okazało się, że jeśli chcesz nagrać porządnie dźwięk, to GoPro zamienia się w jajko na które trzeba uważać – ale nie ma sensu uprzedzać faktów, jest luty 2016, przygotowania do wyjazdu.

Do GoPro Black dokupiłem wyświetlacz LCD (bez tego nie widzisz co kręcisz), nieoficjalną przejściówkę do kręcenia w opcji „selfie”, czyli mocowanie wyświetlacza z przodu, jak najbardziej kompaktowy (a nadal dobrej jakości) mikrofon, 2 dodatkowe baterie. Gdyby miał włosy, to później szarpałbym je przez brak doczepianej dodatkowej bateri do GoPro wydłużające dwukrotnie pracę kamery. Do kompletu cały worek akcesoriów – wiwat chiński rynek, dzięki któremu z Amazona mogłem zamówić 2 kilogramy pierdół do GoPro za które musiałbym w oficjalnym sklepie zapłacić coś koło tysiąca złotych – od chińczyków wyszło 100zł.

W przypadku kamery wszystko poszło prosto, przy panelach słonecznych poruszałem się już po omacku. Czy to coś, kosztujące 500zł się sprawdzi? Recenzje na Amazonie, niekiedy w formie esejów, twierdzą, że tak. Co jeśli nie? Ok, yolo. „Kup”. Czy przyda mi się druga ładowarka? Co jeśli będę miał jedną i ta się zepsuje? Fakap. Ok, kupujemy drugą, tym razem inną. „Kup”. Ostatecznie pod względem energii skończyłem z

1) 1 Panel 7W

2) 1 Panel 14W

3) 3 Powerbanki (urządzenia do przechowywania energii, w skrócie: baterie), jeden dedykowany do pierwszego panelu, drugi w formie ładowarki do baterii AA/AAA, trzeci o bardzo dużej pojemności „na czarną godzinę” i w roli magazynowania zbędnej energii.

4) Jedno chińskie, małe „coś”, co dorzucono w gratisie, mix małego panelu z powerbankiem – wyglądało niepozornie i zepsuło się po tygodniu.

Jest marzec, masz cały sprzęt i starasz się wymyślić scenariusze do testów sprzetu. Jeśli coś będzie nie tak, to będziesz na nie skazany przez 3 miesiące w dżungli. Sprzęt aż do dnia wyjazdu leżał na oknie ładując i rozładowując powerbanki.

View post on imgur.com

GoPro stało na biurku i kilka godzin dziennie nagrywało to, jak siedzę i zbijam bąki przy komputerze. Testowalem tez w ten sposób karty pamięci – 9x64GB, musiałem mieć pewność, że ten sprzęt będzie niezawodny. Jeden fakap w sprzęcie bardzo skomplikowałby mi plany.

W co zabrać bagaże, biorąc pod uwagę, że to wszystko ma być na kilka następnych wyjazdów? Znowu google, fora tematyczne, opinie na Amazonie, blogi. Internet jest piękny. Stanęło na połączeniu plecaka z walizką firmy Osprey. Jeśli chcesz nosić na plecach to nosisz, jeśli chcesz zrobić z tego walizkę to chowasz szelki, jeśli chcesz rozpiąc, to możesz na całej długości, w bonusie dopinany do głównego plecaka mały plecak o pojemności 15 litrów. Czad. Biorę.

Z ubrań? Potrzebuję kaloszy. To jedyne, z czym mogę mieć problem tam – strona www CIWY twierdzi, że takie u nich są, ale czasami nie ma. Nie ma mowy, żebym pojechał do lasu deszczowego bez kaloszy.

Czy ubrany na czarno (czyli mój naturalny stan) będę wzbudzał negatywne emocje u boliwijczyków? Muszę dotrzeć do obozu sam, 400 km od lotniska, jak się ubrać? Google. Ok, niebieskie jeansy będą lepsze, choć nie nosiłem takich od 15 lat.

Muszę w czymś pisać, najlepiej w konkretnym notatniku – o, notatnik wyglądający jak książka. Perfekcyjnie. Wielbię Amazon.

W czym mam nosić paszport i pieniądze? Pas podróżny i dynks na szyję. Biorę.

Szczepienia ogarnąłem w zeszłym roku gdy planowałem wyjechać – tak, naprawdę planowałem i zaszczepiłem się już w 2014.

Ubezpieczenie podróżne – 1200zł na 3 miesiące. Zabawne, tyle samo kosztuje prywatny NFZ w PL na 3 miesiące. Jak to działa – nie mam pojęcia, ale biorę. World Nomads.

Ok, 25 dzień marca 2016 roku, za 10 dni wylatuję w sumie na dziko do Ameryki Południowej. O CZYM MOGŁEM ZAPOMNIEĆ?!

Rozmawiając w tym okresie z byłymi wolontariuszami wyszło, że w 2014 roku na wzgórzach 20 km od obozu postawiono maszt z nadajnikami – co oznaczało zasięg dla telefonów komórkowych. Myśl, że przez te 3 miesiące mogę mieć dostęp do telefonu była dość zachęcająca. Po sesji w google okazało się, że mogę mieć nie tylko to, ale też dostęp do Internetu. A co za tym idzie, za pomocą komunikatorów internetowych stały kontakt z najbliższymi w Polsce. Hah. Google jest piękny jak i ludzie tworzący zawartość internetu – po szybkim grzebaniu trafiłem na bloga kogoś, kto od A do Z opisał jaką kupić kartę SIM, jak ją zarejestrować w Boliwii, jakie są kody do zakupienia internetu itp. Dla kogoś kto jedzie na 3 miesiące tam i komu przez 2 lata nie wyszła nauka hiszpańskiego, było to jak zbawienie.

30 marca, tydzień do wylotu. Zupełnie tego nie czujesz. Przygotowujesz się do wyjazdu, ale tego nie czujesz. Plan jest prosty – ląduję w Santa Cruz, Boliwia o 6 rano. O 9 rano masz bezpośredni autobus który dowiezie Cie do obozu (ma po drodze). Nie wiesz, czy w okolicach obozu będziesz miał bankomat w którym będzie działać Twoja karta – więc plan masz taki, żeby większość pieniędzy które masz w dolarach zamienić na ichnią walutę od razu po przylocie, załatwić kartę SIM do telefonu, urzędy, kantory i sklepy są otwarte od 8 więc masz na to godzinę. Czy to da się zrobić? Miejmy nadzieję. Jeśli nie, tutaj jest hostel który ma w miarę dobre recenzję. W razie czegokolwiek zatrzymasz się tam, i rano dnia następnego ruszysz do autobusu. Proste. Tylko niech nie potknie Ci się noga, bo CIWY ostatni sygnał od Ciebie miało rok temu i nie ma pojęcia, że jedziesz. Jakby wiedziało, to musiałbyś im dopłacić 100$ za rezerwację miejsca – o tej porze roku wynika z Twoich badań, że będą mieli niedobór, więc strata kasy. Minus jest taki, że nie będą wiedzieć, że do nich jedziesz, więc po wylądowaniu najbliższy człowiek który będzie wiedział o Twoim istnieniu jest 11 tysięcy kilometrów stąd. Brzmi fajnie.

3 kwietnia, czas się spakować. Czego jeszcze potrzebuję? Nie ma bata, żebym najpotrzebniejsze rzeczy wkładał do bagażu który idzie do luku – jeśli zginie (a szanse są), to będę w ciemnej d… Wszystko co istotne, idzie do małego plecaczka. Nie wiem jak wyjaśnię celnikom 2 panele słoneczne, 3 powerbanki, 2 kamery i pełno bardzo dziwnych pierdół, ale tym się będę martwił na lotnisku.

View post on imgur.com

Do głównej torby lecą ubrania, mniej ważne sprzęty do GoPro, duuużo leków (biegunka, alergia, antybiotyki, magnez/potas, na infekcje dróg moczowych, ogólnie apteka), około 70 par rękawiczek lateksowych (zawsze się przydają w pracy ze zwierzętami), klapki, spodnie, bluza, co mogę potrzebować? Wszystko, ale tylko to, co może zginąć po drodze. Lot mam z Warszawy do Madrytu, stamtąd do Boliwii, Santa Cruz. Jeśli bagaż po drodze zaginie, nie chcę znaleźć się w miejscu o nazwie „o kurva…”. Waga dużej torby – 25kg. Waga plecaka – 15kg. Nakładam na plecy… Obym nie musiał z tym chodzić daleko, 40kg mnie prawie przewraca. 2 dni przed akcją uświadamiam sobie, że wylot do Madrytu mam nie Modlina, tylko z Okęcia. Lepiej późno niż wcale.

4 kwietnia. O czym mogłem zapomnieć? Wszystko ważne mam. Czy są jakieś pierdoły które warto kupić właśnie dzisiaj, dzień przed wyjazdem? Sprawę boliwisjkiego numeru, karty SIM mam załatwioną – ale co jeśli dostanę SIM pełnego rozmiaru? Czy bez hiszpańskiego dam radę znaleźć punkt gdzie mi przytną kartę, i to w te 2 godziny które będę miał do czasu odjazdu autobusu? Może nie. Trzeba znaleźć maszynkę do przycinania kart. Miły Pan w centrum Łodzi, po tym jak złaziłem 5 punktów GSM, odsprzedał mi swoją po kosztach gdy wyjaśniłem o co chodzi. Miło. O, sklep podróżniczy, mają mapę Boliwii. Za 60 zł – czy potrzebuję? I tu mózg nasuwa Ci wizję gdy telefon ktoś Ci kradnie i z GoogleMaps nici, a ty nie masz jak się dogadać gdzie chcesz jechać. 60 zł? Tak, poproszę. O, macie liny. Znowu mózg: „ok, powiesisz sobie ładowarkę słoneczną w loswoym miejscu, co jeśli są tam małpy czy inne zwierzęta które mogą Ci ją gdzieś przenieść? Kup linę…”. Dzień dobry, poproszę linę, taką mocną. Bo małpy…

Noc z 4 na 5 kwietnia. To wszystko do tej pory wydawało Ci się „planem”. Obmyślasz jak wyjechać, gdzie, zbierasz kasę, opowiadasz znajomym, że jedziesz do Boliwii. Ale do tej ostatniej nocy tego nie czułem. Gdy zacząłem koło 3 w nocy, była to czysta panika. Jeżu kolczasty, dzisiaj mam samolot do Ameryki Południowej. Samemu i nawet nie znam hiszpańskiego. FUCK! To chyba zrozumiałe, że nie przespałem całej nocy. I tu pojawiła się myśl przewodnia, która towarzyszyła mi przez następnych kilkanaście dni: co ja robię? Im bliżej odjazdu tym gorzej. Czy o czymś zapomniałem? Na wszelki wypadek przekazałem najbliższej osobie hasła do moich najważniejszych rzeczy, maile, gry na Steamie, bank, facebook. Czy ja naprawdę tam jadę? Czy muszę? 2 godziny do autobusu na Okęcie, godzina do wyjścia z domu. Panika czai się za rogiem. O CZYM MOGŁEM ZAPOMNIEĆ??? Ok, jestem spakowany. 30 min do wyjścia. Krótkie śniadanie z rodziną. Wygląda jak ostatnia wieczerza. „Boi się pojechac do Warszawy, jedzie do Boliwii. LOL”. Sam nie wierzę w to, co się dzieje. 15 minut, czas zamówić taxi. 10 minut. 5 minut. Domofon. Bierzesz plecak, rozglądasz się po domu i w sumie to chyba jednak nie chcesz jechać, ale już nie ma odwrotu. „Ok, zadzwonię jak dolecę”. Wychodzisz za drzwi, i ten jeden krok, ten metr który tam popełniasz, jest jak porażenie dla Twojego mózgu „Co ja robię!?”. Schodzisz na dół, wsiadasz do taksówki. „Co ja robię?!”. Twój mózg rozpaczliwie szuka jakiegoś wyjścia żeby nie jechać. Jakiejkolwiek wymówki. Nie ma takiej – kupiłeś bilet, zapobiegliwie bez możliwości zmiany terminu. Taxi dowozi Cię do autobusu na Okęcie, wsiadasz w niego, zaczynasz jechać, i jedyne co Ci się kołacze po głowie to „co ja k…. robię…”.

View post on imgur.com

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply