11
Lut
2018

Łódzkie ZOO

(UWAGA: WPIS Z 2014 ROKU, OBECNIE NIEAKTUALNY)

Spędziłem rok w łódzkim ogrodzie zoologicznym – na różnych działach i w różnych rolach, począwszy od wolontariusza, przez praktyki studenckie po etatowego opiekuna zwierząt. Zobaczyłem jak funkcjonuje od kuchni i przez to stałem się przeciwnikiem polskich ZOO. Łódzki ogród zoologiczny to siedlisko absurdów, w którym głównym poszkodowanym są zwierzęta. Dzisiaj opowiem Ci dlaczego.

 

1

 

Gwoli wyjaśnienia – zdecydowałem się o tym napisać głównie z 2 przyczyn.

1) Poruszony w tej notce aspekt jest czymś bulwersującym a ogół społeczeństwa nie ma o nim pojęcia. Zarządzający za to nie zauważają w nim nic złego i taki stan rzeczy będzie trwał dopóki ktoś w końcu nie krzyknie „Król jest nagi!”. Najwyraźniej padło na mnie.

2) Ktoś po lekturze moich notek o pracy w ZOO może uznać, że to świetna praca w świetnej instytucji i pójść tą drogą. Po czym się z rozczarowaniem odbić. A ja miałbym moralniaka.

 

2

 

Zacząć trzeba od tego, że zwierzęta zawsze były moją pasją – a szczególnie duże kotowate. Zawsze chciałem z nimi pracować i jedną z możliwych opcji było łódzkie ZOO, jako iż w pewien sposób w tym mieście akurat utknąłem.

Problem polegał na tym, że nigdy nigdzie nie mogłem natrafić na ogłoszenia o pracę w tamtym miejscu. Uznałem to jednak za wytłumaczalne – w końcu chodzi o opiekę nad dzikimi zwierzętami. Nad często bardzo niebezpiecznymi, do tego zagrożonymi, bezcennymi gatunkami. Wydawało się logiczne, że ZOO pracowników znajduje w środowisku branżowym, hermetycznym światku biologów, zoologów i ludzi z wysokimi kwalifikacjami, których jako człowiek z lekko zawirowanym życiem nie posiadałem.

Wiedziałem jednak, że istnieje metoda aby w tym środowisku zaistnieć, dać się poznać, i być może dzięki temu otrzymać tam zatrudnienie. Metodą tą był wolontariat, na którym spędziłem kilka miesięcy, a dzięki któremu ostatecznie udało mi się dostać etat na dziale ssaków drapieżnych, przy wymarzonych lwach, tygrysach i gepardach.

 

44

 

Przez cały okres wolontariatu i na początku etatu miałem różowe okulary. Wolontariat odbyłem na dziale dydaktycznym (o którym tutaj), a który jest działem dość odosobnionym od reszty ZOO i ma pod opiekę zwierzęta „dydaktyczne” – oswojone i dość pospolite. Dział ten jest najnormalnieszym w całym ZOO i jego kierownicy faktycznie się tymi zwierzętami przejmują, dlatego oprócz nielicznych czerwonych flag, nic nie zaburzało mi pozytywnej wizji tego ZOO, nadal jawiło mi się to jako enklawa pasjonatów, nibylandia, w której w końcu mogę spełnić marzenia.

Różowe okulary spadły mi po przejściu z działu dydaktycznego na dział ssaków drapieżnych. I nawet dokładnie pamiętam wydarzenie, po którym sobie uświadomiłem, że coś tu nie gra. To była sytuacja jedna z wielu, ale tę opiszę, bo była przełomowa.

Surykatkom zawiodły implanty antykoncepcyjne. Któregoś dnia po wejściu rano na wybieg znaleźliśmy małe, różowe fasolki – noworodki surykatek.

 

553

 

4 żywe i 3 martwe. U surykatek potomostwo może mieć jedynie dominująca samica – jeśli rozmnoży się któraś z niższych w hierarchii, to młode są zabijane przez samicę alfa a czasami również atakowane przez resztę stada.

Żywe były pod opieką samicy, ale nie wiedzielśmy czy to dominantka, czy nie. 7 młodych to za dużo jak na miot surykatki, dlatego możliwą opcją było to, że martwe były innej samicy. Miałem za zadanie co jakiś czas zaglądać do surykatek i badać sytuację.

Za którymś wejściem okazało się, że stado dorwało się do młodych – samica w swojej „budce” miała pod opieką tylko 2, a pozostała dwójka leżała na środku wybiegu, nie ruszając się.

Nie jestem weterynarzem, więc nie potrafiłem ocenić czy są już martwe, czy właśnie są na skraju. Były jeszcze różowe, leżały pod lampą grzewczą więc były ciepłe. Miały za małe ciałka żebym mógł ocenić czy unosi im się klatka piersiowa, nie mogłem też ocenić czy mają puls czy nie.

Wiedziałem, że o ich życiu mogą tu decydować minuty – zadzwoniłem więc do specjalistów, lekarzy weterynarii łódzkiego ZOO. Nikt nie odbierał. Jest to jeden z absurdów tego ogrodu – nie istnieje w nim coś takiego jak służbowe telefony komórkowe na działach. Są tylko stacjonarne. Jeśli veci są właśnie gdzieś w ZOO, to jedyne co można zrobić, to iść ich po tym ZOO szukać, często z niewielkimi szansami znalezienia.

Jeśli małe właśnie dogorywały, to szukanie vetów po ZOO odpadało. Zadzwoniłem do kierownika działu małp, który akurat zastępował kierowniczkę działu ssaków drapieżnych i przedstawiłem mu sytuację. Przekazałem mu też, że nie wiem czy są martwe, bo nie mam tu możliwości tego sprawdzić na 100%. W odpowiedzi usłyszałem:

„Nie kombinuj. Nie ruszają się? Czyli martwe”

Zamurowało mnie. Zapytałem co z młodymi, bo skoro te zostały zaatakowane przez stado, to pozostałe 2 też tak skończą prędzej czy później. W odpowiedzi usłyszałem, żeby je zostawić.

„Jeśli przeżyją, to przeżyją. Surykatek i tak mamy za dużo, nie ma sensu ich brać na sztuczny odchów”

Zszokowało mnie to. Ale też jestem realistą, jeszcze jakoś mogłem to przełknąć i zrozumieć. Jakkolwiek to sobie zracjonalizować. W młodych z godziny na godzinę gasło życie. Stado je odbierało matce, maltretowało, matka je zabierała z powrotem i tak w kółko. Było coraz bardziej wiadomo, że one po prostu nie przeżyją. W momencie w którym byłem tego pewny, zapytałem kierownika czy może je po prostu uśpić – nie przeżyją tego a przynajmniej skróci się im agonię. Odmówił.

 

2234234

 

Po tym wydarzeniu łudziłem się, że może to po prostu on. Że to jakaś czarna owca. Ale kolejne dni udowadniały mi, że nie. Że to nie tylko on.

Często w dyskusjach o zasadności istnienia ogrodów zoologiczny przejawia się argument, że zwierzęta są przecież pod dobrą opieką, pod okiem wykwalifikowanych opiekunów. Ale w przypadku łódzkiego ZOO nie może to być dalsze od prawdy.

Odkryłem po pewnym czasie jaki był powód tego, że nigdzie nie mogłem znaleźć ogłoszeń o pracę tam – łódzkie ZOO pracowników szuka w pośredniaku. I tylko w nim. Nie wybrzydza przy tym i oferując najniższą możliwą prawem płacę (~1200-1400 na rękę) bierze każdego, kto akurat jej szuka. Nie są to przy tym osoby, których marzeniem jest praca w ZOO, są to osoby kompletnie przypadkowe, które akurat szukają jakiejkolwiek pracy. I nie mówię tu o przypadkowości w sensie ludzie bez kwalifikacji – mówię tu o przypadkowości w sensie ludzi zdesperowanych, nie mogących znaleźć żadnej innej pracy. Biorących taką z braku laku.

Wyobraź sobie człowieka, który nie ma żadnego powodu żeby pracować w ZOO, którego pasją nie są zwierzęta, który jest tam zupełnie przypadkiem bo nigdzie indziej nie może znaleźć pracy. Idzie do zupełnie nie kręcącej go roboty, przerzucać kupy zwierząt za 1200 na rękę. I się tego trzyma, bo nigdzie indziej nie mógł się zaczepić, a tu jeszcze budżetówka i normalna umowa.

Zdecydowana większość opiekunów zwierząt w łódzkim ZOO to ludzie tego sortu.

Wiecie, kto razem ze mną opiekował się dużymi kotowatymi? Śmiertelnie niebezpiecznymi zwierzętami przy okazji bezcennymi gatunkowo jak lwy azjatyckie?

1. Były kucharz, którego po 3 miesiącach przerzucono na ten dział z ptaków. Skąd usunięto go za karmienie papug mięsem a orłów owocami. Który potrafił postawić pieniek do rąbania mięsa naprzeciwko klatki samca lwa, który jak widział mięso to dostawał szału. „Bo przynajmniej ma rozrywkę”.

2. Były ślusarz, który nie przyjmował do wiadomości, że istnieją inne metody nakłonienia zwierzęcia do przemieszczenia się niż stosowane przez niego darcie na koty ryja o treści „no idże ty sku*wysynie” przy jednoczesnym nawalaniu kijem w kraty. Który pewnego dnia bez oporów opowiedział o zamiarze porzucenia swojego domowego kota. W sensie wywiezienia gdzieś do lasu i zostawienia. „Bo jest nieznośny, skurwy*yn*”.

3. Długoletni pracownik działu, do którego wyczynów należało wypuszczenie pantery chińskiej na drugiego pracownika. Skończyło się szczęśliwie, bo tylko na naderwaniu ucha i bliznach na szyi. Ale wdała się infekcja i „ofiara” prawie się przekręciła. Nie wyrzucono go jednak ani przy tym zdarzeniu, ani gdy później zostawił otwarte drzwi na wybiegu panter gdy pantery na nim były. Drzwi prowadzące na ścieżkę dla zwiedzających. Oba wydarzenia zostały zmiecione pod dywan.

 

5235235

 

Dlaczego numer 3 nadal tam pracuje pomimo aż tak niebezpiecznych odpałów? Bo jest choć trochę rozgarnięty w porównaniu do reszty orłów. A teraz i tak jest w miarę dobrze – wg opowieści, jeszcze parę lat temu jak chciano się pozbyć kogoś niewygodnego, to w losowy dzień szło się do niego z alkomatem. Bo pili tam wszyscy. Opiekunowie śmiertelnie grożnych drapieżników.

W łódzkim ZOO większość opiekunów zwierząt to przypadkowi ludzie, którym bym nie powierzył pod opiekę chomika. Mimo że w samej Łodzi zapewne znalazłby się tysiąc osób które dałyby sobie ręce uciąć za możliwość pracy z tymi zwierzętami. Z pasji i dla doświadczenia.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby z tego ZOO, które się faktycznie nadają do pracy ze zwierzętami. Pasja to podstawa, ale potrzeba też wiedzy i pewnego zestawu cech, który u ludzi jest rzadki. I parę takich osób się tam znajdzie, ale dla dyrekcji tego ZOO znaczą tyle, co pracownicy Biedronki dla zarządu Biedronki.

 

asdasdasd

 

Są tak przyzwyczajeni do brania przypadkowych ludzi, że stało się to normą. O dobrych opiekunów zwierząt się tam nie dba – bo po co, skoro w pośredniaku jest kolejka przypadkowych osób na ich miejsce. W końcu chodzi tu tylko o sprzątanie kup i mycie boksów, prawda?

Ano nie.

Zwierzęta, którymi opiekują się osoby z przypadku, są regularnie stresowane. Na przykład drażnione dla zabawy tudzież lane wodą, żeby je przemieścić, bo skąd przypadkowy facet ma wiedzieć, że można to zrobić innymi sposobami, np. bodźcami zapachowymi? Regularny stres, zarówno u ludzi jak i zwierząt, powoduje problemy zdrowotne. Choćby osłabienie układu odpornościowego, ale i parę innych rzeczy.

Świetnym przykładem jest tu niedawna inseminacja lwów azjatyckich. Obtrąbiona na wszystkie strony w mediach.

( choćby tu http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,15651037,Inseminacja_lwow_azjatyckich__Pierwsza_taka_w_Europie.html )

Sukces, pierwsza taka w Europie, wow. Świetna robota. Nigdzie tylko się nie wspomina, dlaczego samiec lwa ma problemy z potencją i nie mogło to zajść naturalnie. Dla kogoś kto to wie, ten „sukces” można porównać do sukcesu wstawienia komuś sztucznej szczęki po tym, jak mu się ją wybiło.

Samiec lwa w łódzkim ZOO jest zestresowanym, neurotycznym zwierzęciem. Pieniek od mięsa z przykładu wyżej to tylko wierzchołek góry lodowej. Ten lew potrafi być dla zabawy drażniony, bo, cyt: „fajnie się wku*wia”. A tak wygląda gdy nie jest wku*wiany.

 

MAX

 

Jest regularnie stresowany, więc i psychotyczny – nie za dobrze się dogaduje z samicami, więc nie mogą być razem na wybiegu. Skutkiem tego samiec jest na wybiegu raz na 2, 3 dni, resztę czasu spędza w małym boksie.

Dopuszczany jest do samicy tylko, gdy ta ma ruje. Problem tylko w tym, że zestresowany, neurotyczny lew kryć nie będzie – a nawet jeśli to jego nasienie może nie być za dobre.

Inna sprawa, że łódzkie lwy są wszystkie rotowane na wybiegach. Bo brak kogolwiek z wiedzą, kto mógłby z tymi lwami popracować i zmodyfikować ich zachowanie na tyle, żeby trzymały się razem. W efekcie są 3 lwy, duży wybieg jeden. Lew siedzi na wybiegu raz na 3 dni, resztę spędza w ciemnym, obskurnym boksie. „Ma problemy z libido”. No qrwa, nie nowina…

 

axczxcxz

 

Problem w tym, że takich rzeczy kierowniczce tego działu się nie dało wyjaśnić. A żeby zrozumieć dlaczego, muszę przytoczyć tu historię geparda, z którym zdjęcie mam w nagłówku. Oswojonego, uroczego kota. Gepardy są najpotulniejszymi dużymi kotami i Duma nie była wyjątkiem. Gdy miała kilka miesięcy, i wielkość rotweilera, kierowniczka działu drapieżnych wchodziła do niej w grubej, puchowej kurtce. W środku lata. Brała też obstawę pracownika któremu kazała mieć w rękach kij od szczotki.

W jej oczach ten młodziutki gepard był dzikim, drapieżnym zwierzęciem. Bestią, do której wchodzenie wiązało się z ryzykiem odniesienia ran.

A było tak zapewne dlatego, że o gepardach wiedziała tyle, ile wyczytała w książce do zoologii 30 lat temu – inaczej sobie tego nie potrafię wytłumaczyć

Zabawne jest też to, że mimo iż sama jest kobietą, na jej dziale mogą pracować sami mężczyźni. Powody nieznane. Tak jak powód, dla którego na tym dziale ta kobieta toleruje wspomnianych wcześniej ludzi.

 

wac111

 

Mam też takich historii więcej, ale dla ułatwienia powiąże je ze swoimi wcześniejszymi notkami.

Gepardzica Duma (notka) – pod odchowaniu jej od małego, z butelki, młodego geparda którego rozpierała energia wrzucono na oddzielony od zwiedzajacych wybieg. Stosunkowo niewielki, na którym jedyną rozrywką były 3 drzewka na krzyż do drapania i obgryzania. Ten kot się nudził, było to po niej widać. Kombinowałem na wszystkie sposoby jakby jej tu dostarczyć bodźców. Wysunąłem pomysł piłki – kierownik zatwierdził. Po 1 dniu piłkę trzeba było zabrać, bo odleciał od niej maleńki kawałek i bano się, że go połknie. Wysunąłem pomysł dyni – akurat był sezon, więc te dynie spokojnie mógłbym za swoje pieniądze kupować i co kilka dni je dawać do zabawy. Tak, jak dużym kotom daje się do zabawy na całym świecie. Nie dostałem pozwolenia. Powód? „Może sobie zrobić krzwydę przy zabawie dynią i wtedy zrobi się burza”. Krzywdę. Dynią. Burza. I tak mikroskopijne prawdopodobieństwo absurdalnego scenariusza wystarczyło, żeby kot dalej się nudził. Prosta droga do stereotypii.

Lemury katta (notka) – kierownik małp miał ambicje żeby je ze sobą połączyć. Robił to albo nie wiedząc albo olewając fakt, że katta w naturze tworzą stada, w których samce są na uboczu a samice trzymaja się razem i samce dopuszczają tylko w dni płodne. Czyli 2-3 dni w roku. On próbował te Katta z uporem maniaka łączyć w 2 małych boksach. Efekt był przewidywalny – nie dogadywały się ze sobą. Po tygodniu prób zaczęły się tolerować, ale po lemurzemu, czyli jak w naturze. Samice siedziały w swoim, dużym boksie, samiec w małym. Tak jak były umiejscowione przy zamkniętym włazie łączącym oba boksy.

Któregoś dnia jednak kierownik przy próbie łączenia stwierdził, żeby je zamknąć na noc w nieswoich – zamienił im boksy. Terytorialnym lemurom, które i tak się nie dogadywały. Następnego dnia przy próbie łączenia samice rzuciły się na samca – z agresją. Co było jak najbardziej przewidywalne, w końcu straciły na jego rzecz terytorium i w ich oczach był intruzem. Wystarczyło im zamienić na powrót boksy i problem rozwiązany, proste. Ale nie dla kierownika działu małp. Ten przez kilka dni kombinował czemu tak się dzieje i biedak wykombinować nie mógł. A sugestie, że to przez zamianę boksów olewał i trzymane były tak, jak zarządził. Że olewał, to było w pełnie zrozumiałe. Jak przez klikadziesiąt lat trafiają tam przypadkowe Mietki z pośredniaka, to z domysłu później każdego pracownika traktuje się tam, jakby nie miał pojęcia o czym mówi.

Sajmiri (notka) – małpy sajmiri na czas remontu swojego lokum zostaly przeniesione do zastępczego. Tam były pozbawione bodźców z uwagi na odizolowanie od zwiedzających i jedna z nich zaczęła mieć oznaki stereotypii. Czyli wielki, czerwony alarm, że szybko trzeba im bodźców dostarczyć, bo niedługo wszystkie będą je miały. Problem został zgłoszony kierowniczce drapieżnych. I całkowicie olany – bo to tylko jedna małpa.

Sajmiri były pod drapieżnymi, bo jak wspominam w notce o nich są nosicielami wirusa opryszczki sajmirzej (herpes saimiri). Kompletnie nieszkodliwy dla nich i dla ludzi, zabójczy dla innych małp. W praktyce zakłada się, że każda sajmiri jest jego nosicielem – te w niewoli także, bo żeby całkowicie wyeliminować ryzyko zarażenia, trzeba by noworodki natychmiastowo odbierać matkom. Czego się nie robi. Kierownik małp jednak z uporem maniaka upierał się, że są z niewoli, więc „pewnie” nie mają. I potrafił kazać pracownikom małp je odłapywać, gdy był na zastępstwie na drapieżnych. A potem chłopaki bez prysznica i zmiany ciuchów szli z powrotem pracować przy małpach, które ten wirus mógł zabić w 24 godziny. W 24 godziny mogła pójść cała lewa strona łódzkiej małpiarni – bo tak akurat są rozłożone tamaryny i marmozety w łódzkim ZOO, czyli małpy podatne za zarażenie. Ale dla niego jego „pewnie nie mają bo z niewoli” wystarczyło, żeby ryzykować wybicie połowy małpiarni. Czasami nie wiedziałem, czy to przez ignorancję, czy też to jest jakiś dziwny plan celowego ich wybicia. Bo jeśli ignorancja, to musiałaby być ogromna.

Samica fenka (notka) była odchowana z butelki, ręcznie przez człowieka. I na poddziale który zwierzęta wychowywał (a robili to kierownicy) latała sobie jak chciała. Full bodźców, codzienny kontakt z człowiekiem. Gdy podrosła została przeniesiona do osobnego boksu – oddzielona od zwiedzających i innych fenków. Zero bodźców. Nikt nie widział problemu i niebezpieczeństw z tym związanych.

I wiele innych. A to decyzje kierowników – to co robili zwykli pracownicy przerażało. Były kucharz na drapieżnych potrafił niedźwiedziom sprzątać odchody metalową szufelką, którą w chwilę później, nie myjąc, wybierał im z koryt resztki jedzenia. Z koryt, których później nie mył. Na sugestie, że może już pomijając mycie, może by chociaż zmienił kolejność sprzątania żeby im nie pakować ich własnej kupy do koryt, stwierdził „no ale po co”.

Małpom sajmiri regularnie wrzucali do misek jabłko jako bazę pokarmu – mimo że sajmiri jabłek nie jedzą. Mają również problemy z jedzeniem gdy miska jest na ziemi, bo i w naturze i w niewoli 98% czasu spędzają nad ziemią. Schodzenie na ziemię je stresuje – i liczby 98% nie wziąłem z kosmosu, tylko z opracowań behawioralnych, została wyliczona. Co mają jabłka z tym wspólnego?

Wrzucali im do misek jabłka, sajmiri miskę z jałbkami zrzucały z wysokości bo ich nie jedzą, jałbka się rozsypywały. Więc zaczęli im miskę kłaść na ziemi – „bo brudzą i trzeba sprzątać”. Jak u Barei. Nie wyłączenie jabłek z diety. Nie.

Niedźwiedzie malajskie są na noc zamykane do boksów – w starym, obrzydliwym budynku który służył jako bunkier w czasie II wś. W bunkrze jest kilka połączonych ze sobą maleńkich boksów. Niedźwiedzie siedzą tylko w 2, reszta jest pusta – w liczbie 5. Czemu nie są oddane im do dyspozycji pozostałe? „Bo za dużo syfu do sprzątania”.

Ślepej małpie kładziono ruchome robaki luzem, zakładając chyba, że sobie je znajdzie na słuch.

Dumie, która miała problemy z trawieniem dali kiedyś pokarm razem z sierścią, którym mogła się zapchać, co skończyłoby się tragicznie. I równolegle obok, dorosłym, zdrowym gepardom pokarm bez sierści. Bo po co się przejmować?
W pojemnikach na wodę zresztą regularnie znajdowałem resztki mięsa – odbarwione, leżące w nich od kilku dni. Bo pracownicy jedynie dolewali im wodę zamiast zajrzeć do kuwety i w razie potrzeby ją wymienić

Te wszystkie rzeczy wynikają nie tylko z braku wiedzy – wynikają ze zwykłego niedbalstwa. Jeśli do pracy ze zwierzętami trafia ktoś, kto nie szukał takiej pracy i traktuje ją jak „robotę” to nie będzie się opiekował zwierzętami tylko będzie odbębniał to, co jest do zrobienia, kompletnie nie mając na uwadze dobrostanu tych zwierząt.

 

adasd

 

Historie mógłbym mnożyć, dosłownie mógłbym o nich napisać książkę „1001 bulwersujących anegdot z łódzkiego ZOO”.

Dlaczego łódzkie ZOO to robi? Dlaczego bierze kompletnie przypadkowe osoby z pośredniaka, do bardzo odpowiedzialnej pracy o której marzą rozgarnięci ludzie z pasją?

Jednym z powodów jest zapewne to, że pośredniak płaci przez 3 miesiące pensje po zatrudnieniu. Ale powodem pobocznym może być właśnie to, że beton który zarządza ZOO siedzi jeszcze jedną nogą w PRLu. Beton, dla którego szukanie ludzi w pośredniaku do pracy ze zwierzętami to coś kompletnie normalnego i główny sposób szukania pracy, tak, jak było to w latach 90tych i wcześniejszych.

Kompletnie nieświadomi faktu, że w drugiej dekadzie XXI wieku pośredniak to już ostateczność. Że teraz pracy szuka się przez internet, ogłoszenia i znajomych. Że do pośredniaka idą kompletnie zdesperowani ludzie w sytuacjach w których wszystko inne ich zawiodło, często „cyfrowo niepiśmienni”, dla których Internet to czarna magia. Jeśli ktoś się nadaje do pracy ze zwierzętami i szuka pracy w ZOO, to pośredniak będzie ostatnim miejscem, o którym pomyśli, za to roi się w nim od ludzi którym nie powinno się powierzać zwierząt.

 

afasfafsasasf

 

Losowy człowiek mający komuś powierzyć swojego psa czy kota na miesiąc (bo np urlop) nie powierzy go przypadkowej osobie bez kompletnie żadnych kwalifikacji. A tym bardziej ludziom po podstawówkach, bo takich też w łódzkich ZOO da się znaleźć.

Czemu więc zwierzęta, urodzone w niewoli, bezcenne gatunki są powierzane pod opiekę pierwszym-lepszym ludziom z pośredniaka?

 

zxczcas

 

Jednym z powodów może być to, że osoby decyzyjne w tym ZOO trafiają tam też z pośredniaka, albo są to byli pielęgniarze zwierząt – którzy byli na tyle bystrzy, że dochapali się pagonów. Jeśli więc osoba bez pasji i nienadająca się do pracy ze zwierzętami, traktująca je jak biologiczne maszyny, które mają dostać jeść, pić i mają być zdrowe żeby ładnie wyglądały i się rozmnażały, decyduje o tym, kogo przyjąć jako opiekuna zwierzęcia, to też będzie jej wystarczał ktokolwiek. System poroniony od góry do dołu, sprawiający, że te zwierzęta żyją w stresie, złych warunkach i pod marną opieką.

Tak jak wspomniałem, są w tym ZOO ludzie, którzy się do tego nadają – część też z przypadku, w pewien sposób się tam odnaleźli i gdybym kiedyś miał otworzyć prywatne ZOO, to bym ich zatrudnił, dmuchał na nich i chuchał. Bo ludzie nadający się do pracy ze zwierzętami to niewielki odsetek populacji.

Ale ZOO traktuje tych ludzi tak samo, jak traktuje przypadkowe osoby z pośredniaka. Jak śmieci, bo przecież łatwo ich zastąpić. Ludzie z pasją, chcący pracować np. z danym rodzajem zwierząt to dla nich abstrakcja, bo tacy do łódzkiego ZOO generalnie nie trafiają. Więc np. pracowników się na prawo i lewo rotuje, bez pytania ich o preferencje. I bezmyślnie. Na dział ptaków trafiła osoba z ornitofobią – i nie jest to przesada. Któregoś dnia dorosły facet rozpłakał się przed wejściem do klatki z orłanami. Na dział małp, gdzie przez idiotycznie skonstruowane włazy trzeba się do boksów prawie wczołgiwać, trafił facet o wzroście 2 metry. Jak tam wchodził – nie mam pojęcia.

I nie chodzi tu tylko o rotowanie opiekunów zwierząt – któregoś dnia utonąłem w oparach absurdu, gdy pan techniczny, człowiek od wbijania gwoździ i wymiany żarówek w ZOO, przy okazji rozmowy o lwach rzucił mi „pracowałem na drapieżnych przez 2 lata”. Pan techniczny z ZOO.

 

afasf

 

Czasami do tego ogrodu zoologicznego trafiają pasjonaci z wiedzą, często właśnie zaczynając od wolontariatu albo praktyk studenckich. Ale najczęściej się od tego miejsca odbijają. Tym bardziej, że wg osób decyzyjnych, przyzwyczajonych do przypadkowych ludzi z pośredniaka, każdy nowy pracownik jest w domyśle idiotą, który nic nie wie.

A rzeczy, które powinny być normą w takim miejscu są traktowane jak podejrzane dziwactwa. Ot choćby miałem sporo problemów przez to, że czasami wychodziłem z pracy pół godziny czy godzinę później. Bo przypadki z pośredniaka traktują tę pracę jak pracę w fabryce czy hipermarkecie, i choćby się waliło i paliło, to oni z pracy wychodzą punkt 15:30 i jest to w tym miejscu standard. Jeśli kiedyś będziesz w Łódzkim ZOO, to idź na tył budynku małpiarni o 15:25 – niedaleko jest wyjście dla pracowników. Zobaczysz falę wylewającą się ze wszystkich budynków, i z zegarkiem w ręku wychodzącą o 15:30. Łącznie z kierownikami działów.

Zostawanie tam dłużej, za darmo, było traktowane podejrzliwie, bo przecież czemu ktoś miałby „zostawać w robocie” dłużej niż przewidziany czas pracy. A to, że to robota ze zwierzętami, które pojęcia czasu nie znają i często wydarzało się coś losowego, przez co wypadałoby posiedzieć dłużej, wydawało się dla wszystkich abstrakcją.

 

dda

 

Dlatego ludzie nadający się do tej pracy prędzej czy później się od łódzkiego ZOO odbijają i jeśli mogą sobie pozwolić na zrezygnowanie, to rezygnują. A na ich miejsce wchodzi kolejny przypadkowy człowiek.

Nie wiem co by się musiało stać, żeby sytuacja się w tym ZOO zmieniła. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak można by tam uzdrowić obecny stan rzeczy. Chyba jedyne co by go zmieniło, to wywalenie 90% osób z tego ZOO i zastąpienie ich innymi. Co jest rozwiązaniem utopijnym. Nierealnym.

Jedną z dróg jest wspieranie inicjatyw, które mają na celu jakiekolwiek zmiany w polskich ogrodach zoologicznych, jak np te dwie:

Szczecińska Inicjatywa na Rzecz Zwierząt BASTA! http://www.basta.xand.pl/o-nas/

Nie chodzę do ZOO http://www.polskiezoo.info/

Problem w tym, że ich działania niewiele dadzą dopóki sami zarządzajacy ogrodami zoologicznymi nie zrozumieją w czym jest problem. A problem jest m.in w przypadkowych ludziach na stanowisku opiekunów i często też kierowników – to leży u podstaw innych problemów jak brak bodźców dla zwierząt prowadzące do stereotypii, ich poziom stresu czy fatalne rozwiązania architektoniczne w postaci bezmyślnie skonstruowanych wybiegów czy ich elementów.

Za każdym razem jak widzę w dyskusjach o ZOO argument, że zwierzęta tam mają dobrze pod okiem fachowców, to chce mi się wyć. Ale teraz przynajmniej będę mógł dawać linka do tej notki.

Naocznie poznałem tylko realia łódzkiego ZOO. Ale myśląc o przeniesieniu się do innego zacząłem wnikać w sytuację w pozostałych ogrodach zoologicznych Polski, i jeśli wierzyć przekazanym mi opiniom, a im wierzę, to taka sama sytuacja jest w większości ZOO w tym kraju. Absurd. Bareja.

I tylko zwierząt szkoda.

 

 

UAKTUALNIENIE Luty, 2018: Powyższy tekst został napisany we wrześniu 2014 i wywołał spory szum. Sporo rzeczy się zmieniło w łódzkim ZOO od tamtego czasu, i wpis wyżej może być nieaktualny w momencie w którym go czytasz. Jeśli jesteś ciekaw jak historia się potoczyła, to chronologicznie poniżej. Kliknij, żeby otworzyć nowy wpis.

1.Wstrząsy wtórne

2.Wykształcenie, pośredniak, motywacja

3.Zdalnie sterowane surykatki

4.Oficjalne wyjaśnienie oficjalnego wyjaśnienia – epilog batalii o ZOO

5.Wiatr zmian

Co zmieniło się po roku od notki:

6.Czochraki dla świnek czyli łódzkie ZOO po roku

 


Pierwotnie wpis opublikowany 29.09.2014 na moim poprzednim blogu: http://animalus.blog.pl/2014/09/29/lodzkie-zoo/

https://web.archive.org/web/20141017122819/http://animalus.blog.pl/2014/09/29/lodzkie-zoo/

You may also like

Artykuł o modzie na zwierzęta egzotyczne
Papugarnie
O hodowli pod Śremem – podsumowanie informacji
Czym są białe lwy i tygrysy?

Leave a Reply