9
Sie
2016
0

9. Hostel

Dojeżdżamy na miejsce. Nadszedł czas, na zadanie taksówkarzowi ważnego pytania, teraz już mogę: Ile? Odpowiedź pada bardzo szybko i brzmi dla mnie jak „pffpfofnto”. Przed wyjazdem nauczyłem się może 40 słów po hiszpańsku, do tej pory nie mam pojęcia dlaczego nie nauczyłem się podstawowych liczebników, czyli rzeczy najważniejszej zaraz po „pomocy!”. Nie zrozumiałem oczywiście ile mam mu dać. Danie wtedy taksiarzowi z poważną miną największego ichniejszego banknotu, 100 bolivianos, w nadziei, że mnie nie oskubie i wyda normalnie resztę zapoczątkowało rytuał – kiedykolwiek przez kilka następnych tygodni pytałem z poważną miną rezydenta „Ile?” i tak nie wiedziałem ile właściwie i dawałem 100 bolsów. Chyba, że liczba wahała się od 1 do 6 – wtedy kumałem. Nie pytajcie, czemu tyle to zajęło. Taksiarz wydaje mi 30 bolivianos, z jednej strony prawie 50zł za taki kurs to sporo, z drugiej trasa to prawie 20km. Może mnie nie oskubał.

Hostel! Jestem choć trochę bezpieczny!

Wchodzę do recepcji. „Hola, do you speak english”?

„Yes”.

„Sweet!”. Oki doki… Ugh… Tego się nie spodziewałem. Angielski mam całkiem ok, i to naprawdę OK, choć czasem zaleci boratczyzną. Ale od 3 lat go nie używałem do gadania i nagle mój mózg robi „…pryt”. Widzicie, angielskiego uczyłem się odkąd miałem z 8 lat – grając we wczesnych 90tych na amidze i siedząc ze słownikiem, bo w 90tych nie było polskich tłumaczeń, później filmy, później książki itp. Po angielsku rozumiem słowo pisane idealne, czytane bardzo dobrze, mówione też git. Ale przez taką jednostronną naukę angielskiego przy mówionym wystarczy mi kilka miesięcy przerwy, żebym przeszedł z „jest ok” do polglisha. I tu, przy tej ladzie w hostelu dopiero sobie uświadomiłem, że będę potrzebował trochę czasu. I mam mały problem. Bo jeśli wyartykułowanie o co mi chodzi człowiekowi z recepcji w hostelu zajmuje mi choć małe „erm”, to dojazd do Ambue Ari i tam wyskoczenie z „Dzien dobry, sexy times, yes?”, zaowocuje małą katastrofą. A jadę tam jutro. Hah! Tak, tego właśnie mój neurotyzm potrzebował.

Jest koło 9, biorę pokój, bez luksusów, zwolni się dopiero o 14 bo nie mam rezerwacji. Ugh. Ok, poproszę, zostawiam dużą torbę za ladą, mały plecak zostaje ze mną – mam tam ładowarki, kamerę i najpotrzebniejsze dynksy z którymi rozstać absolutnie się nie chcę. Przed oczami staje mi wizja gdy wracam do hostelu choćby ze sklepu i nagle tych rzeczy nie ma – posiadanie ich przy sobie naraża mnie na fakap przy rozboju, ale przy takim przynajmniej mam wpływ na cokolwiek. Mam kilka godzin wolnego czasu i po dwóch fajach ruszam na miasto, bo co tak siedzieć. Załatwię kantor, wymienię kasę, załatwię SIM, wrócę popołudniu – resztę dnia pośpię. Co może pójść źle?

Mam mapy googla w trybie offline i google translator – ot tyle, żeby dotrzeć do punktu w którym muszę kupić sim i zarejestrować go. Punkt operatora jest jakiś kilos czy dwa od hostelu, idę na pewniaka. Choć to tylko maska – w środku się trzęsę, bo mam przy sobie równowartość rocznej boliwijskiej pensji, a licząc ze sprzętem, to pewnie drugie tyle. Nie mam pojęcia czy sytuacja tu nie wygląda jak w Meksyku, gdzie porwania dla okupu są na porządku dziennym, albo w Kolumbii, gdzie ludzie noszą zapasowy, stary telefon żeby oddać jak ktoś im grozi bronią. Kasę jednak wymienić muszę, a sprzetu nie zostawię w hostelu, bo wolę dać się zabić przy rozboju niż tam wrócić i usłyszeć „nie mamy Pana niezbędnego sprzętu i co nam Pan zrobi?”, choćby i szanse na coś takiego były minimalne.

Gdy oddalam się od hotelu w głowie przelatują mi wyczytane, standardowe metody skubania turystów w Boliwii. W grę wchodzi kontrola fałszywego policjanta który „rekwiruje” sprzęt i paszport (wtedy trzeba stanowczo zażądać radiowozu i podobno odpuszczają), inną ciekawą strategią jest zwymiotowanie się na turystę i gdy ten zszokowany stoi i myśli jak się wyczyścić, wtedy kradnie mu się rzeczy i odjeżdża motorem – brzmi absurdalnie, ale choćby ostatnie doniesienia z Rio i okradanie olimpijczyków tą metodą pokazuje, że jest skuteczne. Z tej przyczyny mam też bardzo niewiele zdjęć z tych pierwszych dni, a już nic nagranego GoPro – nie wiedziałem czy mogę a utrata sprzetu byłaby katastrofą.

Zgrzyt kultur napotykam już na pierwszym skrzyżowaniu. Trąbią tam absolutnie wszyscy, ale w uroczy sposób. Polski sposób wykorzystania klaksonu to agresywne „BEEEEEEEEEEP”, gdzieś tam podszyte soczystą „ku*wą”. W Boliwii natomiast dźwięki klaksonu były bardzo delikatne i częste – „bip bip, biip, bip, biiip,”. Efekt był niesamowicie uroczy, jak komunikujące się stada pędzących zwierząt i odnosiłem wrażenie, że nie ma w tym frustracji, agesji czy ponaglania. Przy skrzyżowaniu spędziłem 10 minut z rogalem na twarzy – to było aż tak urokliwe. Problem pojawił się gdy chciałem przez to skrzyżowanie przejść – przez te 10 minut ani na chwilę nie zapaliło się zielone światło dla pieszych. Uznając to za normalne, wcisnąłem przycisk przy sygnalizatorze, zapaliło się zielone,  i nagle, dźwięk klaksonów się zmienił. To już było trochę bardziej polskie „Beeeeb-kur*wa-beeeep!”

Na następnym skrzyżowaniu zobaczyłem matkę z dzieckiem na ręku która ten przycisk olewa, wbiega pomiędzy samochody i przechodzi na drugą stronę. Robi tak też kilka innych osób. Oh…. Tak to działa. Tubylcy wiedzą jak to robić – ja, przyzwyczajony do polskich „czerwone stój – zielonę idź” nie mam pojęcia kiedy mogę wbiec na samochód, a kiedy nie. Cudownie. Nie zginę od pum czy jaguarów, tylko pierwszego dnia rozjechany przez starą Toyotę.

 

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply