2
Sie
2016
1

8. Taxi

Wypaliłem fajkę, spojrzałem na zegarek – 7:30. Prawie godzinę zajęło mi stanie w kolejce, wypełnianie formularzy, ponowne stanie w kolejce, szukanie kantoru, szukanie zapalniczki. Plan A poszedł w piach – o 9 odjeżdża autobus, nie wyrobię się w 1,5 godziny ze wszystkim tym bardziej, ze od 15 minut stoję już bez fajki na zewnątrz i odmawiam każdemu taksówkarzowi który na mnie kiwa.

Widzicie, odrobiłem pracę domową i poczytałem o metodach napadów na turystów w Boliwii – jednym z nich jest wzięcie losowej Taxi, ta wywozi Cię „gdzieś”, tam pod delikatną sugestią maczety zabierają Ci wszystko i proszą jeszcze o pin do karty (podwożąc uprzejmie do bankomatu na wypadek jakby Ci się PIN pomylił ze stresu). O kartę się nie martwię, bo jest praktycznie goła – to głupie z punktu widzenia… wszystkiego, że konto mam absolutnie gołe a całą gotówkę przy sobie. Do tej pory tak właściwie nie wiem, czemu nie zostawiłem na tej karcie choćby kilkuset złotych żeby mieć cokolwiek w razie jakby nagle ulotniła się gotówka a karta została. Ot taki dziwny mózgopierd i jak wtedy widziałem w tym jakąś logikę, to po 3 miesiącach jej nie potrafię odnaleźć. Wracając do Taxi – dwie strony mojego mózgu walczą. Paranoja vs rozsądek – które czasem się zacierają i ciężko odróżnic.

Rozsądek: One mają wszystkie numery identyfikacyjne i logo lotniska na boku – pewnie nie ma już bardziej legitnych taksówek w tym kraju.

Paranoja: Co z tego? Kto będzie wiedział, że wsiadłem akurat do tej? Może i tak mnie wywieźc gdzieś a jak mnie zabije, to nikt się nie dowie…

R: Hmmm..

P. Hmmm..

Taki to był krótki dialog który zaowocował 30 minutami stania i udawania, że zajmujesz się czymś innym i wcale nie potrzebujesz taksówki (a co 2 minuty podjeżdżający taxi driver krzyżuje z Tobą wzrok i pyta „Taxi senor?”). Może brzmieć to śmiesznie, ale paranoiczna strona umysłu miała trochę racji, bo tak naprawdę ostatnia osoba która wiedziała o moim istnieniu została 11 tysięcy kilometrów stąd. Na tym kontynencie nie było absolutnie nikogo kto wiedział, że właśnie tu wylądowałem i że w ogóle istnieje, bo z CIWY rozmawiałem ostatnio z rok temu. Stałbym tam pewnie 3 miesiące i udawał, że nie, no senor, gracias, no taxi, me gusta aqui. Bielak na latinolądzie. Konkwistador lotniska Wiru Wiru. Przejęte przez zasiedzenie, paranoję i liczbę polskich petów w podłożu. Ale Rozsądek w końcu ładnie wybrnął:

„Skąd ten taksówkarz ma wiedzieć, że jesteś tu absolutnie sam i zanim ktoś Cię zacznie szukać to Ci się zwłoki rozłożą? Poza tym jest parę myków – udawaj, że wiesz co robisz.”

Ok, wsiadam do następnej taxi, wyciągam zmiętą kartkę, przepoconą stresem po łącznie 15 godzinach lotu – na kartce wydruk z google maps i zaznaczony hostel. Pierwszy krok wbrew obranej strategii, ale robię to ze znudzoną miną, może zadziała.

„Aqui senor” (czyli „tutaj, pszepana”, ze 30 słów w hiszpańskim znałem) – paluchem w kartkę.

-Ahhh, Loro Loco hostel, si?

-Si por favor. („Tak poproszę”, może w sumie ze 40 tych słów jak tak teraz myślę).

Powinienem zapytać tak właściwie „ile”? (Czyli po ichniemu „cuanto”). Od lotniska do miasta 20 kilometrów, więc mogę się zdziwić sumą. Ale… Jeśli zapytam ile, to się skapnie, że nie wiem, czyli, że jestem mr. „nietutejszy-dziewica-boliwijska” i wtedy z bagażnika, spod tapicerki, znad szyberdachu wyskoczą jego amigos i ciachu-ciachu maczetą. Ok, to hiperbola, ale mniej więcej takim torem biegł mój umysł. A w najlepszym przypadku po prostu mnie wtedy nadliczy. Ot, takie zboczenie umysłu po życiu w Polsce i podejrzewaniu wszystkich o niecne intencje. Nie zapytam ile. Niech myśli, że wiem. Muzzy is clever. Jedziemy! („Vamos!”)

Na wszelki wypadek grzebię w telefonie, podnoszę do ucha, mówię parę słów, przytakuję, odkładam. Oczywiście z nikim nie rozmawiam, ale jeśli w tym taxi czają się muczaczos z maczetami to niech wiedzą, że właśnie komuś coś zameldowałem i nie jestem bez kontaktu. Hah! (Don’t judge me…)

Lotnisko wyglądało całkiem europejsko. Latinoklimaty, więc trochę jak Hiszpania, tylko lepiej po PRZECHUJOWYM lotnisku madryckim. Stojąc przed wejściem i paląc faję nie czujesz, że jesteś w Ameryce Południowej. Do tej pory zaszedł prosty ciąg – wsiadasz w blaszaną puszkę w Europię, trochę śpisz, wysiadasz i jakby nadal jesteś w Europie, bo lotnisko wygląda przecież… jak w Europie. Nie czujesz absolutnie żadnej zmiany oprócz czegoś, co potencjalnie może zrobić Ci krzywdę, czyli potencjalnie interakcja z taxi (maczeti-muczaczos), tylko, że to samo czułbym biorąc taxi w Madrycie, Paryżu czy Rzymu. Teraz jednak wyjeżdżam z ostoi europejskości – mijam palmy, mijam konie na poboczu, wyprzedzają mnie dziwne wechikuły rodem z Mad Maxa, w taxi leci przaśna, boliwijska muzyka. I nagle coś jakby eksploduje w Twojej głowie. „Ja naprawdę jestem w Ameryce Południowej”. :O

Pierwszy wpis: klik

View post on imgur.com

View post on imgur.com

 

 

 

Leave a Reply