30
Lip
2016
6

7. Lot

Okęcie jest ok. Ludzie Cie rozumieją, pokazujesz paszport, zdejmujesz buty, zapobiegawczo wyjmujesz z plecaka wszystko i dziwisz się, że nikt nie ma zastrzeżeń do zestawu energetycznego MacGyvera. A później lecisz. Nienawidzę latać. Nie boję się lotu – to nie to. Nie lubię latać samolotem, bo jak coś się zepsuje, to najprawdopodobniej umrzesz, a jeśli umrzesz, to w żenujących okolicznościach. Siedzi za mną grupa hiszpańskich nastolatków, na samolotowym telewizorze lecą kreskówki pokroju Królika Bugsa. Leci Pepe le Skunks. Uświadamiam sobie, że nie widziałem takich kreskówek od 20 lat – w czasach gdy video było nowinką, osoby z mojego roczniko pokolenia (80te) oglądały takie rzeczy jak zaczarowane. Oglądam więc z lekkim ukłuciem melancholii, a później przypominam sobie, czemu nienawidzę latać.

Jeśli nagle zdarzy się jakaś usterka, to najprawdopodobniej spadnę i umrę. To jest w miarę do przyjęcia, bo co zrobić? Co nie jest do przyjecia, to okoliczności – umrę słuchając za sobą pisków nastolatków i widząc Pepe le Skunksa jako mój ostatni widok przed pierdolnięciem w ziemię. Panie kochany, tak się nie umiera. Chciałbym, żeby moja śmierć coś znaczyła jak już do niej dojdzie. Albo żeby była spokojna, w łóżku, w otoczeniu kogoś, kogo kocham (choć to egoistyczne, bo trauma dla niej), albo przy wykonywaniu jakiejś heroicznej czynności, „zginął jak bohater, salut!”. Takie klimaty.  Ale przy Pepe Skunksie? Nosz kurva… Nie pomaga też fakt, że żadne linie lotnicze nie pokazują pilotów samolotu przed lotem. Tak naprawdę oddaję swoje życie w ręce abstrakcyjnych bytów które siedzą gdzieś tam z przodu. Nikt nie wyjdzie powiedzieć „Hej, jestem Steve, zabiorę was bezpiecznie do Madrytu”. Nie. W tym momencie w kabinie może być klaun i szympans, a ja o tym nie będę miał pojęcia. Powierzam swoje życie w ręce kogoś, kogo nie widzę. I Pepe de Skunsa. A to dopiero lot do Madrytu, czeka mnie jeszcze lot przez Atlantyk. Wspominałem, że gdyby nie tabletka na biegunkę to miałbym mały problem?

O 17 ląduję w Madrycie, o 23 mam wylot do Boliwii. Loty mam niezwiązane ze sobą (bo taniej i lepiej), ale oznacza to jedno: muszę odebrać bagaż, wyjść z lotniska, wrócić do niego i znowu nadać bagaż. Ból w odbycie jak to mówią starzy proktolodzy którzy lecieli tą trasą. Lotnisko w Madrycie jest straszne. Nie lubie wulgaryzmów, ale tu się należą: lotnisko w Madrycie jest przechujowe. Nie ma ławek, nie ma gdzie usiąść, wygląda jak dworce kolejowe w Polsce. Masz przy sobie 1500 dolarów, cały sprzęt, plecak taszczysz ze sobą wszedzie, zbliża się wieczór i boisz się wyjsć poza lotnisko na faję. Przeklinam moment w którym uznałem, że te wszystkie pierdoły w torbie są istotne – łażenie gdziekolwiek z 40kg na plecach bardzo boli. Kupuję wodę i kanapkę w kafejce która wygląda jak nasz bar mleczny. „12 euro por favor”. Kurva… 50zł za kanapkę i wodę – w zamian mogę posiedzieć przy stoliku z ładowarką do telefonu i nie martwić się o plecak. DEAL! (*płaczu płaczu*). Po odprawie idę ze 2 kilometry do mojego terminalu – tego, z którego lecą samoloty do Ameryki Południowej. Plecy mi odpadają. Po drodze mijam kantor z flagami Ameryki Pd. Hmmm… Mam bardzo dużo pieniędzy przy sobie, wymiana ich w centrum boliwijskiego miasta to rosyjska ruletka. Ok, zobaczymy jak to działa, wymiana wszystkiego tutaj może się przydać. Nie wspominałem chyba, że do mojego podstawowego ekwipunku należy mały notes i długopis? Należy. Po upewnieniu się, że pani pracownik w kantorze z angielskim ma mało wspólnego, wyżej wspomniane oprzyrządowanie idzie w ruch. „100 USD = ? BOB” – międzynarodowy symbol wymiany walut, nabazgrany długopisem na karteczce (BOB = Bolivianos, waluta tam gdzie jadę). Miła Pani wstukuje sumę na kalkulatorze. Coś mało. Oki doki, gracias senora, „I’ll be back” w niemieckim akcencie. Jak tak sobie tak liczę, to doliczają sobie dziwnej prowizji – na pierwszy rzut oka pierdyliard, na drugi coś koło 50%. Nie ma bata. Z drugiej strony, nie mam przy sobie absolutnie żadnej waluty boliwisjkiej – co może być problematyczne, jeśli wyląduję tam i nagle będę miał potrzebę posiadania jakiejkolwiek ichniej waluty. Bo np., uwaga: ktoś mnie będzie chciał okraść, wpadnę do taksówki, krzyknę „vamos!”, a później nie będę miał jak zapłacić. Niezręcznie. Pewnie trafię wtedy do boliwijskiego więzienia, a oglądałem na TVNie „Cela nr.” i wolę uniknąć. Wspomniałem, że mam bogatą wyobraźnię i małą paranoję? Ok, Poproszę Bolivianos za 50 euro przy waszym przeliczniku, i jakbym miał sandały i skarpetki to bym was zbluzgał po polsku. Wasz szczęśliwy dzień.

Około 22 zaczyna się szum. Wszyscy latynosi siedzący przy mojej bramce podnoszą się i zaczynają przepychać do przodu. Widziałeś kiedyś film katastroficzny w którym ludzie garną do jednego przejścia? No to tak właśnie wygląda. Robię to samo, bo wychodze z założenia, że albo coś się dzieje, albo to normalne. Najgorszym możliwym scenariuszem byłoby nie załapanie się na ten samolot, utknęcie w Madrycie, a później każdemu zainteresowanemu opowiadanie: „Tak, miałem lecieć do Boliwii ale nie dostałem się na samolot, więc ten, no, hej!”. Dopchałem się do bramki, przedostałem się, wsiadłem do wielkego, transatlantyckiego Airbusa i jeju jej. To jest wielkie. Siadam w foteliku, plecak ze sprzętem wkładam nad siedzenie i odpływam. Zarwana noc wcześniej robi swoje, nie spałem od 36 godzin. Co jakiś czas przebudza mnie stewardesa roznosząca jedzenie, wchłaniam, zasypiam znowu. Czuje się jak w metrze – lot nad Atlantykiem w nocy jest bardzo przyjemny. Za oknem nie ma nic, a jak coś jest (mała wysepka, punkcik światła w ciemności), to na parę sekund ożywam, mózg mi mówi „ale ładne”, i odpływam znowu. Mówiłem Ci Mamo, że te tableki nasenne nie będą potrzebne. Budzę się po 11 godzinach przy lądowaniu w Boliwii.

Wysiadam z samolotu, idę za wszystkimi – stajemy przy punkcie z okienkami i ludźmi w mundurach. Przyzwyczajony do warunków EU spodziewam się szybkiej kontroli paszportowej, dzień dobry, proszę dalej. Ale nie, nie jesteś już w Kansas Dorotko. Miły Pan celnik po angielsku pyta, gdzie mam formularz? Eeee? Tam są formularze, proszę wypełnić – wskazuje na biurko po drugiej stronie sali. Ok. Wychodze z kolejki. Imię, nazwisko, zawód (haha), wpisuję student. Miejsce zamierzanego pobytu: krecha. Stan cywilny. Heeeee? Kawaler. Pytania na drugim końcu świata dotyczące mojej osoby są dziwne – wypełniam pokornie, jestem ostatni na tej sali, miły Pan celnik wbija mi pieczątkę. 30 dni. Ok, coś tu nie gra – podobno normą jest 90 dni, czyli tyle, ile potrzebuję. Dopytuje się o co chodzi – o nic. Nie mogą mi tego wbić na lotnisku „bo nie”, ale mogę iść do punktu emigracyjnego i tam za darmo przybiją mi 90. Ok, nie ma sprawy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że boliwijczyk mówiący po angielsku jest tu unikatem, nie wiedziałem też, że załatwienie tych 90 dni będzie torturą. Chciałem jak najszybciej opuścić lotnisko i dostać się do mojej torby, więc tylko przytaknąłem. „Si senor, gracias”. Przy taśmie też nikogo nie było, moja torba leżała na środku hali, uprzejmie przez kogoś zdjęta z taśmociągu. Ostatnie okienko, witamy w Boliwii. Krótka przebieżka po terminalu – kantory zamknięte. Muszę iść zapalić, wyszedłem na zewnątrz, ściana gorąca. Wiedziałem, że jest to prawie równik, ale tego się nie spodziewałem. Sauna. Nie mam zapalniczki, czegoś na kształt kiosków tu nie ma, jest 6 rano więc i ludzi nie widzę. W oddali 3 sylwetki, jedna pali, podchodzę, „perdon senor”, na migi pokazuję międzynarodowy znak podpalania papierosa. Podał mi zapalniczkę, gdy chciałem oddać, pokazał „nie”. Wskazał na mnie, na zapalniczkę, na mnie, znak „ok”. Dostałem zapalniczkę od losowej osoby przed lotniskiem. Chyba lubię ten kraj.

Pierwszy wpis: klik

1 Response

  1. wiiwii

    „może być problematyczne, jeśli wyląduję tam i nagle będę miał potrzebę posiadania jakiejkolwiek ichniej waluty. Bo np., uwaga: ktoś mnie będzie chciał okraść, wpadnę do taksówki, krzyknę „vamos!”, a później nie będę miał jak zapłacić. Niezręcznie. Pewnie trafię wtedy do boliwijskiego więzienia, a oglądałem na TVNie „Cela nr.” i wolę uniknąć. ”

    Popłakałam się ze śmiechu! Dzięki że mogę to czytać! Witaj z powrotem :)

Leave a Reply