3
Lut
2017
1

28. Szlak Tupaca

Po kilkunastu minutach Tupac wstaje i wychodzi z małej klatki na swój wybieg. Dan zaczyna tłumaczyć: „Ta mniejsza klatka służy do tego, żeby go zamknąć w razie gdy trzeba zrobić coś na jego wybiegu, po spacerze przypinamy go na zewnątrz i wtedy nie jest potrzebna, ale przydaje się jeśli np. nie ma spaceru a trzeba go nakarmić. Normalnie zabralibyśmy go teraz na spacer, ale wczoraj nie był wyprowadzany, przedwczoraj było wolne i w sumie od piątku nikt nie był na szlaku więc musimy się nim najpierw przejść i zerknąć, czy wszystko jest ok. Przez problemy ze wzrokiem Tupaca, jeśli np. w trakcie spaceru okaże się, że w nocy spadło drzewo, to taka przeszkoda może go zestresować a zestresowany Tupac oznacza zdecydowanie nieprzyjemny spacer zarówno dla niego jak i dla nas. Czyli najpierw zaczniemy od dżungli, sprawdzimy jak wygląda szlak, wyjaśnimy Ci po drodze czego można się spodziewać po Tupacu, później wrócimy i go weźmy ze sobą”. Przed wybiegiem, na długości kilkunastu metrów rozpięta jest między drzewami lina. „To właśnie runner, po spacerze przypinamy do niego Tupaca, może nadal chodzić w zasięgu liny, a my dzięki temu możemy posprzątać mu wybieg, umyć miski itd. Dobra, maczety, i idziemy na szlak”.

Wchodzimy głębiej w dżunglę – wygląda mniej więcej tak samo jak na ścieżce prowadzącej z obozu, różnica jest jednak w podłożu. Nie ma tutaj pnączy o które można się potknąć, a sama ścieżka jest szersza i pozbawiona roślinności. Jak tłumaczy mi Dan, brak roślin na ścieżce jest dla komfortu Tupaca – przez problem ze wzrokiem polega głównie na słuchu, i irytują go odgłosy przedzierania się ludzi przez zarośla, stąd i ścieżka wygląda prawie jak zagrabiona. Jej szerokość wiąże się też z niezrozumiałym zwrotem w instrukcji, czyli splitnięciem kota. Tupac potrafi próbować skoczyć na człowieka, czy dla zabawy czy z frustracji, i żeby nie skończył na jednym z linowych, trzeba się rozejść na przeciwległe bieguny Tupaca unieruchamiając go tym samym linami, uważając przy tym, żeby za te liny nie ciągnąć, bo to może go rozjuszyć. Idealny split jest wykonany błyskawicznie i nie sprawia zwierzęciu bólu, czyli liny mają być przy tym napięte, ale bez ciągnięcia. Słuchając opowiadających o tym Dana i Dannyego przytakuję, próbując sobie wyobrazić jak ma to w praktyce wyglądać i jest trochę ciężko, ale wg tego co mówią, pewnie dzisiaj zobaczę jak działa ten mechanizm bo Tupac jest ostatnio skoczny.

W skoroszycie Tupaca była mapa pokazują jego ścieżki – choć, jak mówi mi Dan, mapa pochodzi sprzed kilku lat i lekko się pozmieniało, to szlak nadal ma postać pętli i nie sposób się na nim zgubić, prędzej czy później dotrze się do wybiegu Tupaca. Jego szlak wygląda trochę jak trójkąt, poprzecinany w środku kilkoma małymi ścieżkami. Na dolnym boku trójkąta leży wybieg Tupaca, start szlaku, można od niego iść w lewo lub prawo, a na końcu, czyli górnym wierzchołku trójkąta znajduje się staw, tzw Laguna Tupaca, i jest to przystanek podczas spaceru. Docieramy do niego po ok 20 minutach, tu również znajduje się rozpięta między drzewami lina, czyli runner. Dan i Danny tłumaczą mi o co chodzi:

„Tupac lubi tutaj poleżeć i potrafi tak spędzić nawet pół godziny, więc po dotarciu tutaj przypinamy go do runnera a sami idziemy poza jego zasięg. Gdy Tupac chce iść dalej, to odpinamy go i idziemy. Tupac jest specyficznym kotem i objawia się to tym, że gdy idzie w stronę Laguny jest spokojny i łagodny, a jeśli próbuje skakać, to praktycznie zawsze ma to podłoże zabawy. Za to gdy wracamy z laguny w stronę wybiegu, bardzo często staje się rozdrażniony, może zacząć syczeć, powarkiwać, a jego skoki wtedy już nie są zabawą, tylko rozładowaniem frustracji. Idąc w stronę Laguny możemy gadać i być w miarę wyluzowani, wracając najlepiej być bardzo cicho żeby go nie nakręcać i trzeba być przygotowanym na szybki split. Gdy Tupac po leżeniu przy Lagunie uzna, że chce już iść, to nie będzie czekał na rozpięcie go z runnera – będzie po prostu chciał iść a jeśli nie będzie mógł, to zacznie go to frustrować. Im dłużej potrwa odpinanie go z runnera, tym bardziej może być rozjuszony w drodze powrotnej. Inną jego cechą jest to, że jeśli jest w miarę spokojny, to po powrocie do wybiegu można iść z nim dalej, zrobić tzw 2 pętlę, i to go w pewien sposób resetuje – idąc drugi raz w stronę Laguny będzie znowu spokojny, ale wracając z niej będzie jeszcze bardziej rozdrażniony niż wracając z pierwszej pętli. Jeśli przy pierwszej pętli jest bardzo nakręcony, to najlepiej go przypiąć po powrocie do wybiegu i skończyć spacer, inaczej po drugiej pętli może szaleć”.

Chłopaki zasypują mnie dawką informacji które w teorii mają sens, ale zastanawiam się ile z tego mi zostanie głowie gdy przyjdzie mi być na jednej z lin, czyli już pojutrze. Zagaduję Dana i dzielę z nim wątpliwościami, „Spokojnie, dzisiaj my będziemy na linach, zobaczysz jak to wygląda w praktyce, jeśli po tym uznasz, że pojutrze zamiast na linie wolisz jeszcze raz być w roli obserwatora, to będzie ok. Najważniejsze żebyś czuł się z tym pewnie, jeśli będziesz zestresowany, to nie tylko kot to wyczuje i może być różnie, ale możesz stworzyć zagrożenie dla kogoś na drugiej linie.” Ma to sens. Wg tego co mówią, Ty swoją liną ochraniasz partnera przy splicie, i jeśli zawiedziesz, to Tupac może do niego doskoczyć, co może skończyć się fatalnie.

Laguna jest pokryta małymi, różowymi kwiatami i podobno rzadko kiedy wygląda tak uroczo, więc chłopaki robią zdjęcia. W sumie mam trening i w teorii nie minął pełen tydzień odkąd przyjechałem, więc nie chcę cykać foty sam – Dan wygląda na wyluzowanego człowieka więc pytam, czy może mi zrobić zdjęcie na tle laguny, mały loophole który teoretycznie nie łamie zasad. „Jasne”, odpowiada. Cool, zdjęcie z pierwszego wyjścia do dżungli zaliczone, zbieramy się i wracamy w stronę wybiegu drugim bokiem trójkąta. Ta ścieżka prowadzi brzegiem Laguny i jest na tyle wąska, że splitnięcie kota nie wydaje się tu możliwe. Chłopaki tłumaczą mi, że jeśli Tupac wybierze po Lagunie tę ścieżkę, to przynajmniej im się nie zdarzyła sytuacja, żeby na niej były jakieś problemy, jest dużo spokojniejszy niż jak wraca bokiem którym tu przyszliśmy. Dobrze wiedzieć, inaczej ten split wyglądałby tak, że jedna osoba wylądowała by w Lagunie, a druga na dość stromym zboczu w morzu zieleni.

Wracając Danny podnosi ze ścieżki gałąź pokrytą długimi i ostrymi kolcami, pochodzi z bambusopodobnych roślin rosnących obok. „Jeśli Tupac nadepnąłby na coś takiego, to skończylibyśmy z bardzo rozwścieczonym kocurem, jeśli będziesz widział takie na ścieżce to od razu je podnieś i odrzuć w dżunglę. Czasami też na ścieżkach odrastają rośliny z cierniami, przynajmniej raz w tygodniu najlepiej przejść się przed spacerem i trochę przeczyścić szlak”.

Chłopaki idąc od czasu do czasu używają maczet i usuwają z boków ścieżki odrastające patuju – z tego co mówią, odrastają bardzo szybko, nawet jeśli zetniesz je u samej podstawy. Ja z kolei idąc chłonę widoki w dżungli – niesamowicie wyglądają wielkie, brunatne kule które zdają się wyrastać z drzew. Początkowo nie mam pojęcia co to jest, za kilka dni dopiero zorientuje się, że to termitiery, które są o tyle ciekawe, że waga budulca jest mniej więcej taka jak waga drewna, w kontraście np. do lekkich gniazd os czy pszczół. W pewnym momencie zatrzymujemy się przy niepozornym, cienkim a zarazem wysokim drzewku. „To jest istotnie Maczik – drzewo mrówek ognistych. Jeśli przyjrzysz się z bliska, to zobaczysz jak chodzą po drzewie, ale jest ich niewiele. Jeśli w nie czymś stukniesz, to zaczną wychodzić z pnia oraz spadać na Ciebie z liści wyżej – żyją w symbiozie z drzewem, w jego środku, i bronią go w razie niebezpieczeństwa, eliminują też inne rośliny, widzisz ten goły placek ziemi wokół drzewa? To ich robota. Nazywają się tak, bo użądlenie boli jakby ktoś ktoś Cię przypalił fajkiem, i do tego pulsuje przez kilkanaście minut, bardzo bolesne. Nie oprzyj się o takie drzewo przypadkiem i nie wpadnij na nie podczas splitnięcia Tupaca, jeśli spadnie na Ciebie kilka mrówek to będziesz w złej sytuacji, a na szlaku takich drzewek jest kilkanaście”. Hah. Ok, uświadamiam sobie, że naprawdę jestem w dżungli.

Idąc zastanawiałem się, czemu mimo skwaru chłopaki chodzą w koszulach narzuconych na t-shirty. Zagadka rozwiązuje się podczas spaceru, i jego przyczyną są komary. Pasą się na moich odkrytych przedramionach i plecach, Gringolandia miodem i krwią płynąca. Komary jednak nie są najgorsze, te są w miarę powolne, da się je zauważyć jak siadają, a do tego idąc aż tak się ich nie czuje – co jest dużo bardziej upierdliwe, to dziwne, żółte muchy. Podlatują i siadają błyskawicznie, bez dźwięku, a to, że na Tobie usiadła zauważasz dopiero gdy ukąsi, co boli jakby ktoś Ci wybił igłę. Strasznie namolne, a na drugi dzień dopiero przekonam się jak to swędzi, co jednak już wiem dzisiaj, to potrzeba ponownego zanurkowania w obozowym lumpeksie i poszukania czegoś z długim rękawem.

Wracamy do wybiegu Tupaca i ponownie idziemy na ławkę głasków. Jak tłumaczy mi Dan, trzeba tak robić za każdym razem po powrocie – służyć ma to zachowaniu poczucia rutyny i przewidywalności z naszej strony, żeby Tupac nie stał się zbyt podekscytowany. Krótko mówiąc: jeśli przychodzimy do niego z dżungli, przed spacerem, to głaski są obowiązkowe, po nich idzie się albo dalej na szlak posprzątać jak dzisiaj, albo zaczyna się spacer. Tym razem Tupac odpala motor tylko na 2-3 minuty, po tym wychodzi z klatki na wybieg, wstajemy i idziemy wokół jego wybiegu, a Tupac idzie razem z nami. Generalnie w lewo od ławki, wokół wybiegu, idzie się tylko w sytuacji jeśli zaraz po tym ma być spacer – kot wtedy wie, że gdy ludzie idą tą stroną po głaskach, to oznacza spacer. Słucham objaśnień Dana z lekkim zauroczeniem. Brzmi to trochę jak czarna magia, bo pracując ze dużymi kotami które całe życie spędzając w klatkach, tak naprawdę trzeba rutynie przeciwdziałać, inaczej grozi to schorzeniami psychicznymi jak np. stereotypią. Tutaj jednak najwyraźniej przyjęto metodę dawkowania rutyny po to, żeby kot wiedział co się dzieje i co się będzie działo, a dzięki czemu jest spokojniejszy. Intrygujące i zarazem fascynujące, a jak zobaczę z biegiem czasu, faktycznie działa, choć zdarzają się wyjątki w rutynie gdy np. po wyjątkowo wietrznej nocy, nawet jeśli tego dnia nie będzie spaceru, to trzeba będzie przejść się wokół wybiegu i sprawdzić, czy np. spadające drzewo czy konar nie naruszyły ogrodzenia. Sporadyczne odejście do codziennego rytuału dotyczącego danego kota było w pewnych sytuacjach dopuszczalne.

„Gdy idziemy wokół wybiegu, to dla niego sygnał, że zaraz rozpocznie się spacer – zazwyczaj staje się wtedy podekscytowany i zaczyna biegać po wybiegu”, wyjaśnia Dan gdy Tupac nagle przestaje iść z nami przy siatce i odbija biegiem w głąb wybiegu. Dwa metalowe pierścienie przy jego obroży uderzają o siebie gdy Tupac biegnie i odgłos sprawia wrażenie, jakby hasała koza z dzwonkiem – brzmi to komicznie. Sytuacja zmienia się w tragikomiczną gdy Tupac wpada w drzewo, choć nie przy pełnej szybkości więc raczej niegroźnie. „Auć. Jak widzisz, tym m.in. objawiają się jego problemy ze wzrokiem”.

Dochodzimy do wejścia na szlak, na runnerze zawieszonych jest kilka lin zakończonych karabińczykami. „Te krótkie to pasy, oplatasz się nimi, zapinasz.” tłumaczą chłopaki i zaczynają się przygotowywać do spaceru. Sięgają po podwójną linę – na jednym końcu jest duży karabińczyk przymocowany do dwóch lin, jedna z nich ma ok 1,5 metra, druga 2,5. „To nasze liny właściwe, duży karabińczyk ląduje przy obroży Tupaca, krótsze rozgałęzienie to tzw lina pierwsza i ma ją ten kto będzie z przodu, dłuższe rozgałęzienie, lina nr 2 jest przypięta do osoby która będzie z tyłu. Spacer zazwyczaj wygląda tak, że idziemy gęsiego, za to jeśli Tupac jest rozdrażniony, to idziemy obok siebie żeby w razie czego łatwiej było go splitnąć. Ta krótka, pojedyncza lina to lina zapasowa – nosi ją osoba na drugiej linie i służy do awaryjnych sytuacji, czyli np. jeśli będzie trzeba jedną z lin przeciąć, bo np. Tupac się zaplącze. Nam się to nigdy nie zdarzyło, ale musi być dla bezpieczeństwa.”.

Dan i Danny nakładają sprzęt i podchodzą do wejścia na wybieg Tupaca – wejście to mini klatka, może metr na dwa metry, dobudowana do wybiegu i w środku znajduję się podwójne drzwi.

„Ok Maczik, teraz uważaj, otwieramy pierwsze drzwi i od wewnątrz wkładamy duży karabińczyk w oko siatki, musi się on trzymać, żebyś za dużo czasu nie spędził grzebiąc za nim gdy Tupac już w będzie w przedsionku. Po założeniu zamykasz drzwi i ustawiasz liny tak, żeby po ich otwarciu nie zablokowały albo drzwi, albo Tupaca. Gdy już to zrobisz zamykasz drzwi i patrzysz czy Tupac jest spokojny. Jeśli nadal biega po wybiegu, to czekasz, jeśli w ogóle nie zbliża się do wejście, to też czekasz, bo sugeruje to, że coś jest z nim nie tak. Ogólnie zanim Tupac zostanie zapięty, to musi być wyluzowany i spokojny. Jeśli jest, to osoba na drugiej linie, czyli teraz Danny otwiera drzwi przylegające do wybiegu i czekasz aż Tupac wejdzie. Czasami wchodzi od razu, czasami trwa to kilka minut. Gdy już wejdzie, czekasz na jego sygnał – ma zrobić baranka drzwiom, czyli przykleić do nich czoło. Bez tego nie wkładasz tam rąk i go nie przypinasz”.

Wow, to brzmi ciekawie i w pewien sposób niewiarygodnie. Zastanawiam się czy to faktyczna komunikacja, czy coś na skraju przesądu a Tupac po prostu tak robi bo robi i dobudowano do tego legendę.

Dan kontynuuje: „zaraz zobaczysz na żywo jak to wygląda, a pojutrze wyjaśnię Ci to jeszcze raz, więc nie stresuj się jeśli coś może być niejasne. Gdy Tupac już da znak, wkładasz ręce w dwa otwory w drzwiach i zapinasz karabińczyk na większym pierścieniu jego obroży. Będziesz mu wtedy machał rękami przed twarzą, i jak przy głaskaniu lepiej tego nie robić, tak przynajmniej nam nie zdarzyła się sytuacja, że Tupac próbował ugryźć – to sprytny kocur i wie, że nie wyjdzie jeśli nie będzie przypięty. To samo po powrocie gdy trzeba go rozpiąć, może być rozjuszony, warczeć i syczeć, ale da się odpiąć bez problemu po spacerze. Po zapięciu mu karabińczyka musisz być na 100% pewien, że jest dobrze zapięty. Najgorsze co mogłoby się zdarzyć na szlaku, to odpięcie się go i Tupac luzem. Nie jest krwiożerczą bestią i najprawdopodobniej dałby się zapiąć, ale tej pewności nie ma, a duży kot luzem oznacza kota nad którym nie ma żadnej kontroli – to nie pies na którego zagwiżdżesz i który przybiegnie”.

Dan ma częściowo rację, bo coś takiego jest możliwe w cyrkach gdy duże koty są tresowane przy użyciu bólu, i są podporządkowane treserowi. Na szczęście najwyraźniej w Ambue Ari nie ma to miejsca, a jeśli jakimś cudem ma miejsce i dałem ciała przy badaniu tego miejsca przed przyjazdem, to zobaczę tego oznaki prędzej czy później.

„Po przypięciu upewniasz się, że partner jest gotowy – jeśli jest, otwierasz drzwi i Tupac wychodzi. Co dzieje się najczęściej, to idzie w lewo i zaczyna biec. Może biec bardzo szybko, wtedy biegnie się za nim, ale jest tu myk. W pewnym momencie Tupac się odwróci i będzie chciał skoczyć na jednego z nas, biegnąc musisz być na to gotowy i gdy Tupac będzie próbował to zrobić, to błyskawicznie musi pójść split, czyli trzeba się rozbiec na boki. Czasami mamy wrażenie, że to dla niego rodzaj gry, zaraz zobaczysz o co chodzi. Myk jest tu taki, że biegnąc nie możesz być ani za blisko Tupaca, bo wtedy trafi Cie bez problemu, ani za daleko, bo wtedy żeby go splitnąć będziesz musiał wbiec w gąszcz, co nie jest dobrym pomysłem, tym bardziej, jeśli np. będzie tam drzewo. Musisz ten dystans uśrednić, pewnie intuicyjnie już przy pierwszym biegu załapiesz o co chodzi. Podczas tego spaceru cały czas bądź za Dannym, czyli za drugą liną, tak jest bezpieczniej. Dobra, zacznijmy.”

Karabińczyk jest już zamontowany, Danny otwiera drugie drzwi. Tupac krąży wokół nich, oddala się, podchodzi, w pewnym momencie wkłada do środka głowę, po czym znowu odchodzi. Przypomina domowego kota, który gdy mu otworzysz drzwi, to nie może się zdecydować czy jednak ma ochotę wejść, czy nie. Po kilku minutach wchodzi do środka, i przez chwilę stoi w przedsionku. „Hej Tupi, idziemy?”, mówi Dan. Tupac podchodzi do drugich drzwi i, tak jak mówił Dan, robi drzwiom baranka, przykłada czoło do siatki. Wow. Fascynujące, nie mogę się doczekać następnych miesięcy żeby wybadać, czy faktycznie ma to podłoże „znaku” od Tupaca, że jest gotowy, czy też zwykłe, automatyczne „boop” które robią również domowe koty, choć nie kojarzę w tym momencie, żeby Tupac robił baranka gdziekolwiek indziej na wybiegu.

Dan wkłada ręce do przedsionka, przypina Tupacowi karabińczyk, pociąga delikatnie kilka razy i upewnia się, że wszystko gra. Wyciąga ręce, szybko sprawdza liny wychodzące spod drzwi, pociąga za karabińczyk przy swoim pasie.

-Danny, gotowy?

-Tak

-Maczik?

Za chwilę z wybiegu wyjdzie wielka, 50kilowa puma, przypięta linami do dwóch ludzi. Czy jestem gotowy? Nie mam pojęcia, ale już trochę za późno na pytania.

-Tak, gotowy.

Dan odsuwa blokadę i otwiera drzwi.

 

 

(Fun Fact – dopiero wrzucając zdjęcie niżej do notki zauważyłem, że na dłoni mam żółtą muchę o której pisałem)

 

 

 

 

2 Responses

  1. miyya

    Jak zawsze super! Ty to umiesz budować napięcie, szkoda, że skończyłeś notkę w tak interesującym momencie:( Czekam na kolejny odcinek przygód w dżungli i jestem bardzo ciekawa jak opiszesz ten szalony skok Tupaca zaraz po wypuszczeniu z wybiegu :)) Pozdrawiam i wypatruje dalszego ciągu historii :)

Leave a Reply