16
Sty
2017
1

26. Nocne życie.

Wieczorem dżungla budzi się do życia. Przyjechałem w czwartek, w piątek była impreza a w sobotę szybko odpłynąłem zmęczony kacem – dopiero dzisiaj zauważam jak aktywizuje się po zmroku fauna, głównie ta najmniejsza, i jest to widok niczym z filmów przyrodniczych. Siedząc w palarni obserwuję świetliki, ściana lasu po drugiej stronie drogi rozbłyska jak choinka, niesamowity widok. Wracając obserwuję strumyki mrówek które po zmroku rozchodzą się po obozie. Mrówki są najróżniejszych gatunków, jedne z nich tworzą po drodze małe pomosty ze swoich ciał wypełniając nimi np. pęknięcia czy nierówności terenu. Ciężko powiedzieć, czy to ślepy instynkt który sprawdza się w dżungli ale w obozie jest niepotrzebny, czy też to wypełnianie ubytków na ścieżce usprawnia jakoś szybkość przemieszczania się reszty. Za latrynami swoją małą autostradę i poletko mają mrówki grzybiarki, nigdy nie widziałem takich na żywo – praca kolonii po zmroku polega na wycinaniu kawałków liści i zanoszeniu ich do mrowiska, szlak dzieli się na dwa pasy i jednym robotnice idą w stronę wycinki, w drugą stronę niosą wycięte liście, często 10krotnie większe od siebie. W mrowisku zostaną one pocięte na maleńkie kawałki przez inne mrówki, przeżute, i taką papką zostanie nakarmiony grzyb pielęgnowany w ich mrowisku – mrówki żyją z nim w symbiozie i żywią się jego produktami przemiany materii. Są niesamowicie fascynujące, jest kilkadziesiąt gatunków mrówek które tak robią i są to jedyne organizmy oprócz człowieka które parają się rolnictwem.

Metr od drzwi do mojej sypialni swoją norkę ma osa polująca na pająki. Widziałem ją żerującą w ciągu dnia, pocieszny widok, osy tego rodzaju biegają równie sprawnie co latają i sekwencja ich ruchów gdy polują jest nie do pomylenia z innymi owadami – szybki lot przerywany lądowaniem, biegiem i startem metr czy dwa dalej. Samo jej poruszanie się wygląda imponująco, ale tego wieczoru widzę ją z upolowaną zdobyczą – pająkiem ok 3x większym od niej. Pająk pozornie jest martwy, ale tak naprawdę jest tylko sparaliżowany, gdy trafi do jej nory posłuży za żywy inkubator dla larwy i spędzi kilka tygodni żywcem zjadany od środka. Natura jest brutalna. Ten pająk jednak tak nie skończy – przez to, że jest dużo większy od osy, jest też dużo większy od wejścia do jej norki. Przez dwadzieścia minut klęczę i oglądam show polegający na próbach wciągnięcia go przez osę do środka, co oczywiście skazane jest na niepowodzenie. Trochę mi jej żal, przechodząc obok przez resztę wieczoru będę ją widział siłującą się i próbującą rozwiązać ten problem, tylko po to żeby zrezygnować po dwóch godzinach. Po pająku nie będzie rano śladu, zajmą się nim mrówki.

Idąc zapalić widzę grupę studentów stojącą przy jednej z sypialni – oglądają coś na ziemi. Podchodzę zaciekawiony i przy drzwiach widzę ptasznika. Wow! Nie jest to jakiś gigant, jak na rozmiary przez nie osiągane jest stosunkowo mały, ale to najprawdziwszy ptasznik. Czytając blogi wolontariuszy myślałem, że takie w obozie są rzadkością, niektórzy w ogóle nie mieli szansy ich zobaczyć, inni widzieli przez swój pobyt może jednego – ja najwyraźniej mam szczęście, trzy dni od przyjazdu i jest, małe owłosione ciałko, białe przeguby na nogach. Ptasznik jak malowany. Studenci stoją nad nim i debatują co z nim zrobić, bo jest zaraz przy drzwiach do ich pokoju. Nagle pojawia się koncepcja, żeby go po prostu zabić? Hę? Bez jaj. Nie jestem fanem pająków, i bez bicia przyznaje się, że jeśli w mieszkaniu odkrywam jakiegoś który jest większy niż kilka milimetrów, to w cieplejsze dni kończy na zewnątrz, a zimą, humanitarnie pod kapciem. Ale to przecież ptasznik i jesteśmy w dżungli, on tu mieszka, do tego jesteśmy w ośrodku który w założeniu jest prozwierzęcy. Oponuję sugerując, że można go po prostu wynieść do dżungli. W odpowiedzi pada „wyniesiesz go?”. Oops. Shit. Taki obrót wydarzeń był w sumie oczywisty i racjonalny, biorąc pod uwagę, że to moja sugestia, ale jakoś mi nieśpieszno do odławiania ptasznika. Z drugiej strony, przyglądam mu się i uświadamiam sobie, że nie czuję obrzydzenia ani lęku – to nie jest odrzucający pająk-pająk, wygląda raczej jak włochata mysz tylko z nadmiarową liczbą kończyn, do tego przecież ptaszniki są powolne, więc z obsługą go nie powinno być problemu. „Ok, wyniosę”.

Szybka burza mózgu kończy mi się dwoma wnioskami – potrzebuję pojemnika i metody nakłonienia go do wejścia do tego pojemnika. Obok stołówki stoi na ziemi małe, plastikowe wiaderko, chyba się nada. Co do metody, to po krótkim grzebaniu w pamięci przypominam sobie, że oglądałem kiedyś jak kręcono film „Arachnofobia” – w pewien sposób sterowano w nim pająkami za pomocą suszarki do włosów, pęd ciepłego powietrza sprawia, że pająk od niego ucieka. Ma to w sumie sens pod względem doboru naturalnego i instynktów, jedyne co może gwałtownie zmienić temperaturę powietrza w Twoim otoczeniu to albo ogień, albo dysząca paszcza czegoś dużo większego od Ciebie. Jeśli się od tego z automatu nie oddalasz, to raczej nie wygrasz wyścigu ewolucji. Suszarki nie mam, więc pozostaje metoda naturalna – dmuchnięcie w ptasznika i nakierowanie go w wiaderko. Brzmi prosto. Przytrzymuję wiaderko po jednej stronie pająka i dmucham w drugą.

Filmy przyrodnicze znowu mnie oszukały – ptaszniki nie są powolne. Po dmuchnięciu ptasznik zaczyna biec, i nie trafia w wiaderko tylko przebiega przez miejsce w którym przed chwilą była moja dłoń. Hah. Studenci są równie zaskoczeni co ja, a zastrzyk adrenaliny przypomina mi, czemu nie przepadam za pająkami. To będzie trochę wstyd jak teraz powiem „ok, nieważne, to był zły pomysł”, poza tym szkoda ptasznika, więc zostaje modyfikacja planu. Dmuchanie w niego działa, potrzebuję po prostu czegoś większego niż to małe wiaderko, czegoś dużo większego żeby nawet jak ptasznik będzie chciał pobiec w lekko inną stronę niż planowana, to żeby nadal skończył w pojemniku. Przy zlewach są małe, dziecięce wanienki służące do prania, w teorii powinny się sprawdzić. Zasłaniam nią z jednej strony drogę pająkowi, dmucham z drugiej i… bingo! Ptasznik kończy w wanience, i choć gdy ją gwałtownie podrywam to prawie z niej wylatuje tak jednak operacja kończy się sukcesem. Czego nie przewidziałem, to jego dyskomfortu objawiającego się chęcią wyjścia z tej wanienki – co kilka, kilkanaście sekund próbuje się wspiąć po ściankach, i gdyby nie przechylenie jej to by się mu udało. Manipuluję więc wanną tak, żeby brzegi po stronie po której chce wyjść były bardziej strome. Działa! Ok, pamiątkowa fota, wycieczka na drugą stronę drogi, wypuszczenie, faja po.

Dość nieoczekiwanym pokłosiem tej akcji było uznanie przez studentów, i w konsekwencji przez resztę obozu gdy historia poszła w eter, że nie tylko nie brzydzę i nie boję się pająków, ale je lubię i umiem się z nimi obchodzić. Trochę to odległe od prawdy, ale hej – nie ma sensu dementować pożytecznych plotek, w końcu nie ma bardziej męskiej fuchy niż „ten gość od pająków” w lesie deszczowym Ameryki Południowej. Zostawienia tej łatki pożałowałem jednak bardzo szybko, bo przez to byłem wołany za każdym razem gdy do czyjejś sypialni zapędziło się coś o ośmiu nogach, i potrafiły to być potwory dużo mniej pocieszne niż ptaszniki – tych z obozu ewakuowałem może z pięć, i wszystkie w pierwszych tygodniach pobytu. Po rozpoczęciu się pory suchej noce stały się dużo zimniejsze i chyba przez to ptaszniki były dużo mniej aktywne – ostatniego widziałem miesiąc później i wtedy też ustały ich nocne odwiedziny w obozie.

 

 

Pierwszy wpis: klik

2 Responses

Leave a Reply