12
Sty
2017
1

25. Lumpeks i Leo

Obozowy lumpeks nazywa się „Cochabamba” – gdy już zorientuję się w pełni jak działa obóz, to zauważę, że każde pomieszczenie mieszkalne ma nazwę pochodzącą od miasta w Boliwii. Pomieszczenie w którym znajduje się skład ubrań było kiedyś używane jako sypialnia i tak zostało. W środku półki i rury z wieszakami, wszystko uporządkowane rodzajem ciucha, czyli T-Shirtu tu, bluzy tu, skarpetki w skrzynce tu, itp., itd. Co przykuwa moja uwagę zaraz po wejściu, to waliza z której wystają… peruki. Huh? Przy perukach leży coś, co wygląda jak sterta falbanek i koronek, a co okazuje się suknią balową. HUH? Co to robi w środku dżungli? Po co? Dumam zastanawiając się minutę czy dwie, ale nic mi nie przychodzi do głowy, zabieram się więc za cel właściwy – zrealizowanie go okazuje się znacznie trudniejsze niż mógłbym przypuszczać. Potrzebuję 4 t-shirtów i optymalnie 3 par spodni – problem polega na tym, może jeden ciuch na pięć nie wygląda jak siatka. Zdecydowana większość jest cała w dziurach, niektóre koszulki są prawie przedarte na pół. Wow. Zaczynam się zastanawiać jak wygląda w praktyce praca z kotami, jeśli ciuchy które tu lądują po wyjeżdżających wolontariuszach (a taki jest system lumpeksu jak wybadałem przy obiedzie), wyglądają jak przemielone. Względy estetyczne nie mają tu znaczenia – praktyczne bardziej i wolę uniknąć łażenia po dżungli w czymś na kształt siatki. Po kilkunastu minutach znajduję t-shirty względnie bez dziur, gorzej robi się ze spodniami. Rozmiar przy koszulce nie ma dużego znaczenia – przy spodniach już tak. Spędzam godzinę znajdując tylko coś na kształt dresów i od siedzenia w tej klitce robi mi się duszno. To pomieszczenie nie ma siatek w oknach tylko normalne cegły, a temperatura na zewnątrz sięga 30 stopni. Ok, rezygnuję – jutro do Tupaca pójdę w swoich spodniach, do Leo w dresach, a później się zobaczy, najwyżej tu wrócę. Przed wyjściem sięgam po zeszyt leżący na szafce – z tego, co wywiedziałem się przy okazji obiadu, to tutaj wpisuje się „kupione” ubrania, kwotę reguluje się przy wyjeździe. Na pierwszej stronie znajduje się cennik i opada mi szczęka – za t-shirt 20 bs, za spodnie…50. Za zestaw 4×4 musiałbym zapłacić 280 bolivianos, czyli jakieś 180zł, moje usta układają się w sekwencje „what the fuck…”. To są rzeczy po innych wolontariuszach, na oko po kilku sesjach z wybielaczem, w niektórych dziury zajmują większą powierzchnię niż niedziury, potrzebuję takich kilka bo dostałem na start 4x więcej roboty niż inni i mam za to wyłożyć równowartość zapewne tygodniowej pensji w tym kraju. Dosadnie ujmując: ło kurva. Odkładam dwa t-shirty, wykorzystam swoje, resztę wpisuję.

Po wyjściu z Cochabamba i powrocie do sypialni natrafiam na wyprowadzającą się Becks. „Hej Maczik, w sumie to już wszystko zabrałam, cała reszta co zostaje to rzeczy po poprzednich wolontariuszach, może coś Ci się z nich przyda”. I po Becks. Tych rzeczy jest naprawdę sporo – przez następną godzinę grzebię i okazuje się, że zostało parę skarbów. Jeden z nich to kapelusz z moskitierą – czegoś takiego nie zabrałem z Polski, a może się okazać przydatny. Znajduję też obozowy t-shirt z logiem CIWY i napisem „wolontariusz” z tyłu – uświadamiam sobie, że na stronie www było info, że taki dostaje każdy nowy. Ja nie dostałem, więc to chyba karma i nie wnikam czemu ktoś zostawił ten, ale jest jak znalazł po cenowym mindfucku w lumpeksie. Z innych skarbów: cztery prześcieradła, dwie poduszki, dodatkowy, cienki śpiwór, gruby koc (po co w tej saunie?!), oraz związana foliówka z opakowaniami od tabletek. Przywiozłem ze sobą małą aptekę, ale to dżungla – farmaceutyków teoretycznie nigdy za wiele, google mi działa więc jeśli to leki, to wybadam jakie i mogą się przydać. Rozwiązuje reklamówkę i już na pierwszy rzut oka widzę, że pudełka są puste, oraz wyjaśnia się powód zawiązania tej torebki – w środku jest zużyta podpaska. Nope. Lekcja na przyszłość: dżungla czy nie dżungla, zawiązane, obce foliówki powinny takie zostać.

Uświadamiam sobie, że to pomieszczenie jest całkiem spore jak na jedną osobę – przez ostatnich kilka dni miałem mały problem z np. położeniem się na kilkanaście minut czy więcej. Po zobaczeniu jak wielkie pająki chodzą po obozie, i po zapoznaniu się z moimi współlokatorami-karaluchami odrzuca mnie myśl zostawiania choćby na chwilę otwartej moskitiery, a zabezpieczanie jej za każdym razem jak chcę się położyć coś poczytać jest upierdliwe. Jako, że mam do dyspozycji 5 wolnych łóżek oraz wolne poduszki i śpiwór, to jedno z nich przeznaczam na tzw. „łóżko drzemkowe”. Mam teraz właściwy siennik do spania w nocy, i siennik dzienny do chilla. Czad, nawet w domu nie mam takich luksusów. Mieszkam od dzisiaj sam co oznacza prywatność. Co jest lepsze od prywatności? Więcej prywatności – z 3 prześcieradeł robię zgrabne zasłonki na siatki i powstaje coś na kształt właściwych ścian. Pimp my shack! Do przywiązania ich używam nici dentystycznej, w słupy powbijane jest sporo gwoździ a nylonowa nitka całkiem nieźle sprawdza się w roli sznurka. Przy okazji jazdy na pace pick-upa prawie zwiało mi okulary, nie wiem też jak będzie wyglądać praca z kotami, więc z nici dentystycznej robię domowej roboty łańcuszek do okularów – dla testu kilka razy zarzucam głową. Działa!

Do kolacji została może z godzina, zabieram się za czytanie o Leo – podobnie jak przy Tupacu będzie mnie szkolił Dan, więc mając w pamięci jego radę czytam jedynie pobieżnie. Leo był zakupiony jako maskotka przez boliwijską rodzinę, i póki był młody to wszystko się układało, ale gdy dorósł, oczywiście zaczął realizować swoje instynkty i zaczęły się skoki na domowników – w tym na dzieci. Recepta rodziny na ten problem była równie prosta co popieprzona, i polegała na połamaniu Leo tylnych łap, a że w półśrodki nie się nie bawili, to łamali mu je na żywca i bez narkozy. Krzyki które wydawał wtedy Leo sprawiły, że sąsiedzi wezwali policję, a ta odwiozła go do CIWY – jak dowiedziałem się później, łapy miał w tak w koszmarnym stanie, że „góra” CIWY musiała zrobić głosowanie, czy skrócić mu cierpienie, czy starać się go leczyć. Rehabilitacja trwała rok, i na szczęście Leo wyrósł na pełnosprawnego kota, o czym przekonam się pędząc z nim sprintem przez dżunglę.

Przeglądam resztę skoroszytu ale nie mogę się skupić – myśli krążą mi wokół historii Leo i nie potrafię sobie wyobrazić, co siedzi w głowie osób tak podchodzących do zwierząt. Czy tak właśnie wygląda ekstremalne uprzedmiotowienie? Objawia się podejściem: mechanizm o nazwie „puma” robi coś czego nie chcemy więc naprawmy to młotkiem? Czy to domena krajów rozwijających się jak Boliwia? Chyba nie, biorąc pod uwagę historie jakie spotykają domowe psy i koty w Polsce, chyba to po prostu ludzka natura, niezależnie od regionu świata.

Skupiam się na lekturze zmotywowany pytaniem które mi się nasuwa: czy trauma jakoś się odbiła na psychice Leo, a jeśli tak, to jakie ma podejście do ludzi? O dziwo, Leo wg zawartości skoroszytu to jedna z najłagodniejszych pum w parku – jest jedną z 3 pum wyprowadzanych tylko na jednej linie, choć towarzyszyć mu muszą dwie lub trzy osoby, z czego jedna robi za „przewodnika”, czyli musi iść kilka metrów przed nim, bez tego Leo nie chce współpracować, i jest tu jedynym kotem który wymaga takiego zabiegu. Nie mam pojęcia jak to działa, perspektywa chodzenia przed dużym kotowatym to coś wbrew zdrowemu rozsądkowi – generalnie widok pleców człowieka potrafi odpalić takim zwierzętom instynkty, i np. tubylcy w Indiach gdy tygrysów było tam dużo więcej chodzili z maskami umocowanymi na tyle głowy, że zmniejszyć ryzyko ataku. Czytam dalej, i kwestia łagodności Leo zaczyna się klarować – czy za sprawą właśnie traumy czy innych czynników, Leo 3 lata temu zaczął sprawiać problemy, i były one na tyle poważne, że groziło mu „uziemienie”, czyli brak spacerów i życie w klatce. Przy takiej, najgorszej dla Leo perspektywie, podjęto decyzję o jego kastracji – na szczęście podziałało i ograniczyło jego agresję i wybuchy, choć wg „instrukcji” zdarzają mu się czasami lekkie odbicia w postaci skoków na człowieka po drugiej stronie liny, wtedy przydaje się druga osoba, która służy za dystraktor i oddalając się do dżungli odwraca uwagę Leo.

Czytając o możliwych zachowaniach Leo i o sposobach przeciwdziałania zaczynam czuć fascynację wymieszaną z niepokojem a to wszystko podszyte uczuciem odrealnienia. Jednego tygodnia siedzisz w Polsce i czytasz o CIWY, następnego leżysz na sienniku w dżungli i czytasz instrukcję co robić, jak puma zacznie na Ciebie skakać. A w dniu następnym, być może będziesz musiał tę wiedzę zastosować w praktyce. Jutro będzie ciekawie.

 

 

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply