25
Lis
2016
2

20. Piątek – Impreza

Na kolację dla odmiany makaron z obiadową papką, oprócz tego klimat ten sam: kolejka, gary na stołach, na koniec gra o to, kto pozmywa. Tym razem to nie ja przegrywam. Po kolacji przypominam sobie o ładowarce słonecznej. Jest już ciemno, więc z sypialni biorę latarkę na głowę. Wczoraj korzystałem z ręcznej, dzisiaj odkopałem z torby czołówkę. Po włączeniu jestem pod wrażeniem – chiński sprzęt który oświetla mi kilkanaście metrów z przodu i kilkadziesiąt w trybie soczewki. Wow. Dzisiaj się cieszę, za tydzień będę złorzeczył – 3 baterie AAA będzie ta latarka zżerała w dwa wieczory i wkrótce 1/3 energii z ładowarek słonecznych będzie szła na naładowanie akumulatorów do latarki. Po dojściu do solarów jestem ucieszony, powerbank naładowany czyli wszystko działa jak powinno. Wychodząc z mojego zakątka ładowarek uświadamiam sobie swoją głupotę – jestem w klapkach, a właśnie wlazłem w trawę do łydek. Jeśli chcesz Macieju zostać ukąszonym przez jakiegoś węża czy pająka, to tak właśnie się to stanie. Nie rób tego.

Przebieram się i idę zapalić – przy drodze zebrała się mała grupka, w niej Dan i Becks. „O, Maciek, czekaliśmy na Ciebie, gotowy?”. W sumie gotowy. Jak wyjaśniała Rhi, budynek imprezowy jest jakieś 2km drogą od obozu. „Patrzyłeś już na gwiazdy tutaj?”, pyta Dan. Wyłączam czołówkę i patrzę w górę. O kurva… Brak zanieczyszczenia światłem i południowa półkula sprawia, że patrzę na niesamowicie ugwieżdżone a zarazem obce niebo. Nie rozpoznaję konstelacji. Nigdy też nie widziałem tak jasnej drogi mlecznej – wygląda to niesamowicie. „Ok, tylko patrz pod nogi jak idziesz. Na asfalt często wychodzą węże i kajmany”. Hah. Obce niebo, obcy świat. Porównanie do astronauty na innej planecie będzie mi się nasuwać często w pierwszym tygodniu.

Docieramy w końcu do „Imprezowni”, Drunk Box to spora konstrukcja, choć standardowo ściany z siatki. W środku specyficzny klimat – 3 duże stoły, zakratowane pomieszczenie na alkohol, małe okienko, w środku jeden z koordynatorów obozu i zeszyt. Piwo 0,3l – 7 bolivianos (4-5zł), butelka rumu 0,5 – 20 Bs (~14zł). Niedobrze. Pierwsze może zniszczyć mi budżet, drugie głowę. Nie cierpię mocnych alkoholi, ale nie ze względów smakowych – po prostu przy piwie potrafię się kulturalnie zniszczyć, przy mocnym alkoholu muszę później zbierać rano scenariusz. Piwa mogę wypić bardzo dużo i krzywa na wykresie spicia jest prosta, aż osiąga max i wtedy idę spać. Do tego czasu jednak wszystko pamiętam i jestem dość rozsądną osobą. Rum? Wszystko mi się może urwać kilka godzin przed zgaśnięciem i grozi to obudzeniem się w dżungli, na kacu, bez wody i bez świadomości gdzie jestem i gdzie iść. Bardzo niedobrze.

Po kilku piwach moja asertywność zamiera. Każdy od piwa zaczął, ale jestem jedynym, który je nadal pije, cała reszta tankuje tani rum. Ok, niech będzie, sam zaczynam się nim raczyć i trochę też jestem zmuszony, bo zaczynamy grać w pijacką grę karcianą – „krąg ognia”, choć jak się później okaże, co kraj to ma inną nazwę. Wokół pustej szklanki rozkłada się karty, każdy po kolei ciągnie jedną z nich, do każdej przypisane jest coś innego, co trzeba zrobić. Wstać i zatańczyć, coś opowiedzieć, itp., itd. Przegrana oznacza łyk napitku – prosta i skuteczna droga do szybkiego zniszczenia się. Jestem pod wrażeniem, sam za kołnierz nie wylewam i bywam często na różnych, intensywnych alkoholizacjach, ale to, co się tu dzieje… Wow. Ci ludzie się nie oszczędzają, a z każdym kolejnym łykiem rumu perspektywa zgubienia się będąc pijanym przestaje mnie przerażać.

Im dalej w imprezę, tym zaczyna na stole zaczyna przybywać liści koki. Koka jako roślina jest w Boliwii legalna i robi za coś na kształt kawy, czyli pobudza ale bez fajerwerków. Co dziwi mnie bardziej, to torebki z białym proszkiem które pojawiają się na stole, a które co jakiś czas idą w ruch, ludzie usypują trochę na dłoń i coś z nimi robią, co wygląda na wciąganie nosem. Co tu się dzieje? Jestem w Ameryce Pd, i nasuwa mi się tylko jedna odpowiedź, i mimo że nie dalej jak 12 godzin temu Rhi opowiadała mi o 0 tolerancji względem narkotyków, tak teraz też się tym raczy. Czuje się zagubiony, bo jeśli to kokaina, to to miejsce jest szalone, a jeśli nie kokaina, to co to jest? Niezręcznie mi zapytać gdy jestem trzeźwy, po pewnym czasie jednak nie wytrzymuje. „Dan, co to za biały proszek?” Dan powinien wiedzieć po pół roku na tym kontynencie. „Soda oczyszczona, łączy się to jakoś z liśćmi koki, przez to lepiej działają.” Hah. Faktycznie, zaczynam zauważać na stołach kolorowe opakowania. Zabawne, w Europie się tym rozcieńcza właściwe narkotyki w celach oszustwa, tu ludzie zażywają sodę w połączeniu z liśćmi koki żeby zwiększyć efekt. Po paru drinkach próbuję paru liści, ale efektu nie zauważam. Może to przez picie kilkunastu kaw dziennie w Polsce, może przez alkohol – ciężko powiedzieć, ale nie działa na mnie.

Szumi mi w głowie, jest środek nocy, przyglądam się towarzystwu. Podzieliło się na 3 stoły, przy jednym siedzą długodystansowcy, Ollie, Rhi, Amy i Jack. Widać pewne ich oddalenie od innych, dopiero za kilka tygodni zrozumiem z czego to wynika, na razie odbieram to jako dziwną izolację. Przy tym co jestem: Dan, Becks, Sarah, kilka innych osób. Przy trzecim kilku chłopaków z grupy studentów z którymi przyjechała Sarah, Dani i kilka osób których imion nie pamiętam, nie da się przy 20 osobach. Przy naszym siedzi też Matt, który kiedyś przyjechał tu jako wolontariusz, a teraz jako opiekun tej właśnie grupy studentów. Jak wyjdzie w trakcie rozmowy, nazwisko ma swojsko brzmiące: Sowinski.

Godzina po godzinie ludzie się wykruszają i wracają do obozu. Zasada nr 1 – nie iść nigdzie samemu, nawet jeśli chodzi o potrzebę fizjologiczną. Chcesz oddać płyn, idziesz z kimś, wyjątków nie ma. Jeśli coś się komuś stanie poważnego, to byłoby źle, ale jeśli ktoś by zaginął i już się nie odnalazł, to byłoby tragicznie – zarówno dla zaginionego jak i dla CIWY. Jest koło 3 rano i jestem zaskakująco trzeźwy jak na ilość wypitego alkoholu. Może to wyjątkowo czyste powietrze, a może wpływ lęku przed totalnym popłynięciem w dżungli. Zostaje nas z 6 osób. „Ok, czas do domu”, Dan trzyma się prosto, ale oczy mówią swoje – jest nawalony. Koordynatorzy zawinęli się wcześniej, pijani jeszcze bardziej niż Dan. Bar został zamknięty, Drunk Box zostaje otwarty bo nie mamy kluczy. Co się może stać – ktoś wyniesie stoły?

Wracając do obozu przyglądam się szosie, co kilka minut mija nas ciężarówka. Pijani ludzie schodzą jej z drogi prawie w ostatniej chwili i zaczynam się zastanawiać, czy dochodzi tu czasami do potrąceń – jest ciemno jak w d… i tylko ja świecę latarką. Cudownie. Brakuje mi tylko nieudolnych prób pijanej reanimacji jeśli kogoś coś potrąci. W pewnym momencie Danny, chłopak z Hiszpanii, kładzie się razem z Sarą na środku asfaltu i zaczynają bełkotać coś o gwiazdach. Ojej. „Dan, oni się kładą na drodze”, doganiam go zapominając, że jest bardziej pijany od nich. Dan odpowiada czymś, co nie brzmi jak żaden znany mi język. Czyli pewnie hebrajski. „Nie panikuj Maczik, to normalne, poza tym są dorośli” – wtrąca Beth, 19latka z Australii, przyjechała tu z tej samej grupy studentów co Sara. Pijana 19latka uspokaja mnie, że położenie się na szosie biegnącej przez dżunglę w nocy, po której jeżdżą ciężarówki, jest normalne, i leżący są dorośli. Fuck. Czuje się staro. Wracam do Daniego i Sary. „Hej, tu jeżdżą samochody!”. „Maczik, wyluzuj, spójrz na te gwiazdy”. Ojej…

 

Pierwszy wpis: klik

5 Responses

  1. Miyya

    Świetnie się czyta twoją relację z wyjazdu, mam nadzieję, że będziesz jak najczęściej dodawał kolejne rozdziały opowieści. Jest to doskonały materiał na książkę, pomyśl o tym ;)

  2. Miyya

    Taka książka mogłaby zagwarantować spory kapitał na kolejne wyjazdy:) wobec tego życzę weny i powodzenia w realizacji planu:).

  3. Dorota

    Chwalę sobie system powiadamiania o nowych wpisach. Ostatni pewnie bym przegapiła, albo przeczytała ze znacznym opóznieniem, a tak – message na mail i już mogę czytać. A że jak zwykle koło północy – to chyba już moja stała pora na egzotyczną lekturę.

  4. @Dorota

    Tak właśnie się postawiłem w roli odbiorcy – wygodnie rozwiązanie, nie trzeba niepotrzebnie wchodzić na stronę ;) Sam też dla testów wrzuciłem sobie subskrypcję żeby zerkać, czy coś się nie psuje.

Leave a Reply