23
lis
2016

19. Ollie

Niedługo obiad, idę zapalić mając do dyspozycji kilkanaście minut. W palarni, na hamaku, leży facet i przegląda coś w tablecie. „O, hej, jestem Ollie, przyjechałeś dzisiaj?” Opowiadam mu historię wczorajszego postoju w Guarayos. „Ahh, nigdy nie bierz stamtąd rapidito – miałeś wczoraj farta, często jak nie mają kompletu to nie jadą w ogóle i wieczorem może to być problem. Taxi są droższe, ale jedzie się od razu”. Ok, zapamiętam, choć nie planuję wracać do Guarayos jeśli nie będzie to naprawdę konieczne. Ollie wygląda inaczej niż reszta facetów-wolontariuszy tutaj. Włosy i zarost nie wyglądają na totalne zapuszczenie, a z drugiej strony są jakby przycięte w losowy sposób nożyczkami. Strój innych to dziwny miks ubrań roboczych – u Olliego to już kompletnie losowe części garderoby, i w cywilizowanych warunkach odbiór byłby prosty: clown-menel. „Na długo przyjechałeś? Ooo, 3 miesiące? Super.” Pytam, jak długo on tu jest. „Kilka lat, 2 czy 3”. W rzeczywistości Ollie jest już tu łącznie 6, z małymi przerwani na wyjazdy do Londynu gdy kończy mu się kasa, ale nowym wolontariuszom mówi o 2-3 latach, bo nie chce mu się nigdy liczyć dokładnie. Czas biegnie tu trochę inaczej o czym sam się przekonam już za kilka tygodni. Nagle gdzieś z obozu słychać krzyk. „Lunch! Almuerzo!” Dwujęzyczny sygnał do obiadu. „Nie rozczaruj się zbytnio jedzeniem”, mówi Ollie wstając z hamaka. „Miesiąc temu nasza dobra kucharka się rozchorowała, od tamtej pory mamy zastępstwo i jedzenie smakuje jak karma dla psów”.

Przed stołówką kolejka, po drodze każdy bierze talerz i sztućce, w środku na stołach gary. W jednym ryż, w drugim mieszanka podobna do tego, co jadłem wczoraj wieczorem. Smakuje trochę gorzej niż wczoraj, ale może to wynikać z tego, że wczoraj byłem naprawdę głodny. Nie jest to jednak tragedia, choć podejrzewam, że po miesiącu jedzenia tej papki z ryżem faktycznie można uznać, że smakuje gorzej niż karma dla psów.

„Hej Maczik, na koniec posiłku zawsze gramy tu w papier-nożyce-kamień, kto przegra to zmywa po innych. Wchodzisz?” Pewnie, w sumie nie mam wyjścia, odmowa takich rzeczy będąc nowym w jakimś towarzystwie to prosta droga do outsiderstwa, a w tych warunkach wolę nie być aspołecznym samotnikiem. Pierwszy raz widzę w sumie P-N-K w wydaniu kilkuosobowym, po kilku podejściach wygrywa kolejna osoba i liczba graczy się zmniejsza. Kto przegrywa na końcu? Ja. Yay. Kilkanaście talerzy do umycia, katastrofy nie ma. Przy myciu wymieniam uśmiechy z boliwijską kucharką i kilkunastoletnia dziewczyną, jak się później dowiem, jej córką. Ta za jakiś miesiąc odegra rolę bomby biologicznej i najpierw sama przy przygotowaniu posiłków będzie kasłać jak gruźlik, a później kasłać będzie pół obozu, w tym i ja.

Pozmywane, można iść zapalić, choć tu pojawia się problem – nie kupiłem w Guarayos fajek licząc na to, że tutaj rzucę. W palarni znowu trafiam na Olliego, sępię papierosa. „Masz kilka, oddasz mi dzisiaj na imprezie, można tam kupić fajki”. O, miło. Jest koło 13:30, do 14 przerwa w pracy obozu. Rozmawiając z Ollim dowiaduje się, że nie jest tu wolontariuszem – skończył biologię w Anglii i siedzi tutaj robiąc prace badawcze dla CIWY dostając za to niewielkie wynagrodzenie. Obecnie pracuje nad sprawdzeniem, czy obecność kilkunastu dużych kotów na terenie Ambue Ari ma wpływ na obecność dzikich zwierząt, czy też np. odstrasza je ich zapach. Ollie jest bardzo pozytywnie zakręconym wariatem, i choć z różnych przyczyn nasze relacje będą na początku chłodne, to po pewnym czasie się zaprzyjaźnimy, i wynikać to będzie nie tylko z mało poważnego podchodzenia do życia, ale też z wiedzy o dużych kotach, która, jak się później okaże, u wolontariuszy „miesięcznych” najczęściej kuleje.

W pewnym momencie rozmowy zapalić przychodzi Rhi. „Maczik, w piątki przed imprezą cały obóz dostaje zadania specjalne – trzeba dokładnie posprzątać różne rzeczy których się nie sprząta na co dzień. Możesz pomóc Danowi? Jest w spiżarni dla ludzi. Dzięki”. Już wiem, co mnie niepokoi w Rhiannie, a co krążyło mi gdzieś po głowie w czasie rejestracji. To jej uśmiech gdy do kogoś mówi. Pozornie wszystko jest ok, Rhi się uśmiecha i ma pozytywne nastawienie, ale jest to ten specyficzny uśmiech, gdy usta są wykrzywione, uzębienie na wierzchu, ale wzrok jest zimny i nieadekwatny do mimiki, przez co człowiek wygląda jak rekin. Wyuczony uśmiech który absolutnie nic nie oznacza. Za często spotykałem ludzi którzy go stosowali i którzy okazywali się totalnymi złamasami – choć może tutaj będzie inaczej, zobaczymy. „Ok, dzięki za fajki Ollie”.




Spiżarnia dla ludzi to pomieszczenie gdzie w skrzynkach są owoce i warzywa wykorzystywane do posiłków ludzkich. „Hej Dan, mam Ci pomóc”. Dan to facet który zeszłego wieczoru zapytał czy jestem głodny i przyniósł posiłek. Jako jedyny z towarzystwa ma głowę ogoloną na łyso, i chyba przez to moja podświadomość bierze go na cel jako potencjalnego kumpla. Dan jest z Izreala, jak opowie mi później przy piwie, miał tam konkretną firmę i sporo zarabiał, ale chciał trochę, jak to ujął, „pożyć” więc ją sprzedał i za tę kasę pojechał zwiedzać świat. Po pół roku we wschodniej Azji przyleciał do Ameryki Pd i na miesiąc zatrzymał się w Ambue Ari. „Jak wrócę to znowu założę działalność”, stwierdził. Pozytywne podejście do życia.

Rozmawiając z Danem zauważam lodówkę podłączoną do gniazdka, i do tego gniazdka podłączoną też listwę z podpiętymi do niej ładowarkami i kablami USB. Huh? „Dan, można tu ładować sprzęty?” Odpowiedź dostaję twierdzącą – dwa razy dziennie włączany jest tu generator i łącznie, w ciągu doby, działa przez jakieś 5 godzin. Ładować się można, ale obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”, najlepiej podłączyć się przed śniadaniem. Zajebiście, nie muszę bazować na ładowarkach słonecznych! System ten będzie dostępny przez pierwszych kilka tygodni, później jednak, z różnych przyczyn, będę musiał jednak na nich bazować, i choć będzie to upierdliwe, to stanę się przez to jedną z nielicznych osób w tym obozie mających energię.

Sprzątamy spiżarkę, wszystkie warzywa i owoce trzeba wyjąć ze skrzynek, skrzynki umyć z każdej strony. Za każdym razem gdy taką podnoszę, uciekają z niej wielkie karaluchy i biegną pod kolejną skrzynkę. „W sypialniach też są” mówi Dan, „zignoruj je, w sumie to są u siebie”. Co racja to racja, w dżungli to człowiek jest gościem. „Przyjechałeś w dobrym momencie, akurat na imprezę, to najzabawniejszy dzień tygodnia”. Fakt, złożyło się szczęśliwie – chłodno to ogarniając, to nie da się lepiej zsocjalizować z gronem ludzi inaczej jak z nimi upić. „Dan, jak te imprezy wyglądają? Mam się ładnie ubrać?” Dan zaczyna się śmiać. „Tak, dla komarów i węży. Nie spij się za bardzo, nie chcesz się zgubić wracając później do obozu”. Zgubić się po pijaku w dżungli. Cudowna perspektywa…




Pierwszy wpis: klik

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.