11
Lis
2016
1

16. Poranek w dżungli

Budzi mnie dziwaczny hałas. Na skraju przebudzenia dociera do mnie gardłowy wrzask, głośny a zarazem flegmatyczny, mrukliwe zawodzenie czegoś, co mogłoby być dinozaurem-zombie. Gdy budzi Cię takie coś, mózg nie wie jak do tego podejść. Półprzytomny człowiek zaczyna się powoli przemieszczać w binarny region „walcz lub uciekaj”. Po chwili do głosu dochodzi rozsądek i zamulone wnioskowanie – nikt się nie budzi, nikt nie krzyczy, nikt nie panikuje. Znaczy się: coś normalnego i niegroźnego. Leżę kilkanaście minut i próbuję sobie dopasować znajome mi gatunki do tego odgłosu, ale nie daję rady – jest zbyt dziwny. Nagle słyszę zbliżającą się muzykę do której po chwili dołącza pukanie do drzwi. „Dzień dobry, szósta trzydzieści” obwieszcza głos po drugiej stronie. Wow, jest tu muzyczna zegarynka, czad. Becks podnosi się na łóżku i ziewa. „Hej Becks, co to za hałas?” – pytam. „To Rhi z laptopem, budzi codziennie”. Ermm… „Nie, chodzi mi o te wrzaski w dżungli”. „Ahh, to wyjce”. Wyjce! Hah, dopiero teraz sobie uświadamiam, że jak te siedzące zazwyczaj grupami na gałęziach i robiące pocieszne dzióbki średnie małpy znam, tak nie przyszłoby mi do głowy, że będą wydawać takie odgłosy. To chyba przez nazwę – słyszysz nazwę”wyjce” i mózg z automatu dołącza łatkę „wyją”. Pierwsza cegiełka wiedzy z dżungli – wyjce nie wyją, wyjce wydają odgłos jaki pewnie wydawałyby otwarte wrota piekieł. „Ułraaaaawarrreaaaraaaarawaaaaa”, ciągle i bez przerwy na zaczerpnięcie oddechu, a w optymalnych warunkach może się to nieść na kilka kilometrów.

Wygrzebuję się z moskitiery i zaczynam ubierać. Jest jak w piecu, narzucam krótkie spodenki i klapki. „Mógłbyś się odwrócić? Muszę się przebrać” – Becks przypomina mi o koedukacyjnych warunkach.”Jasne, w sumie to muszę wyjść. Gdzie tu się chodzi za potrzebą?” Dostaję namiar i zaczynam walczyć z drzwiami – brakuje klamki, a otwierane są za pomocą samozatrzaskującego się zamka po wewnętrznej stronie i sznurka przymocowanego do tego zamka po zewnętrznej. Jak się później okazało nigdzie w obozie nie ma klamek – były najwyraźniej zbędnym elementem w warunkach, w których sprawdzały się sznurki.

Defekarium znajduje się kilkanaście metrów za budynkami i wygląda imponująco, określenie „latryna” uwłaczałoby skali budowli. Jakieś 4 metry na 10, podmurówka, wchodzi się po schodach, po lewej panowie, po prawej panie. W środku sedes, deska i papier. W porównaniu do moich pesymistycznych założeń w których skład wchodziły dżungla i liście, rzeczywistość okazuje się luksusami. O dziwo zapach jest dość neutralny – zagadkę rozwiązuje lektura kartki na drzwiach, instrukcja obsługi nakazująca zasypanie swojego produktu mieszanką z wiaderka, czyli mixem trocin i wapna. Zmyślne.

Wypróżnienie załatwione, można iść zwiedzać. Obóz to kilka konstrukcji, części przeznaczenia jeszcze nie znam, uwagę przykuwa kran i zlew pośrodku. Obecnie jest to zagadka, później dopiero dowiem się, że woda jest czerpana ze studni głębinowej, generatorem pompowana jest do uroczej, maleńkiej wieży ciśnień i wtedy doprowadzana rurami do kranów. Boliwijska kranówka w dżungli, czyściej się nie da. Korzystam i myję zęby, zaczynają pojawiać się ludzie. Na co nie zwracam uwagi, to fakt, że jestem jedyny ubrany w krótkie spodenki i klapki, choć temperatura jest zabójcza. Po tygodniu będę wiedział, że przez komary ten zestaw jest lekkomyślny. T-shirty są dopuszczalne, bo drapanie się po rękach jest tu czymś graniczącym z masturbacją, miła i zaspokajającą czynnością w której można się zapomnieć. Drapanie się po nogach za to jest upierdliwe i niewygodne, bo trzeba się schylić. Brzmi dziwnie, ale gdy chodzisz z dużym kotem na smyczy, to po rękach możesz się drapać cały czas i mieć z tego frajdę – po nogach nie, i stąd też można rozpoznać świeżynki w Ambue Ari. Chodzą w krótkich spodenkach i klapkach.

„Becks, co teraz? Nie wiem co mam robić”. Każdy się kręci i zajmuje swoimi sprawami, więc pytam kogoś, kto teraz jest najbliżej w moim społecznym bąbelku. „Do 8ej każdy ma jakieś prace w obozie, Tobie przydzielą pewnie dopiero jutro. O 8ej śniadanie, więc jak chcesz, to komuś pomóż do tego czasu, w kuchni dla zwierząt komuś się na pewno przyda pomoc”.

Kuchnia dla zwierząt to mały budynek, gdzie przygotowuje się jedzenie dla zwierzaków – kilka osób stoi przy blacie i kroi warzywa. „Hej, ktoś potrzebuje pomocy?” Dostaję zadanie pomóc w krojeniu żarcia dla Pio. Pio to nandu, kuzyn strusia który dziennie potrzebuje wiadra jedzenia i jest to, jak się później okazało, jedno z najniewdzięczniejszych czynności rano. 4 marchewki, 2 ziemniaki, pół główki kapusty, 2 buraki, kilka innych składników, łącznie około 5-7 litrów jedzenia na cały dzień. Wszystko musi być pokrojone w bardzo drobną kostkę i za miesiąc będę wymiotował na myśl o krojeniu jedzenia dla Pio – póki co jednak jest to nowinka i ciacham nożem z zapałem. Krojenie trwa do 8 rano, później kolej na następną część zadań. Codziennie każdy jest przydzielany do czegoś porządkowego w obozie (o 7:30) i raz na tydzień do innych zadań przy przygotowaniu jedzenia dla zwierząt (o 7:00). Codzienne zadania to m.in. sprzątanie WC, i to właśnie przypada mi w udziale, odwiedzam go drugi raz. Jak i w hostelu tak i tu zużyty papier toaletowy wyrzuca się do kubła na śmaieci, i w dżungli jedynym sposobem na pozbycie się tego papieru jest spalenie go. Wynoszę kubły z ufajdanym papierem do spalarni, czyli prostokąta z cegieł, zastanawiając się przy tym, po ilu tygodniach dostanę żółtaczki. Choć na lotnisku złorzeczyłem sam sobie przez różne pierdoły w plecaku, tak teraz lateksowe rękawiczki są przydatne. Za kilka tygodni gdy będę wyjaśniał nowym jak sprzątać kibel, to dziwnie satysfakcjonujące będzie lekko szydercze uśmiechanie się w odpowiedzi na pytanie „skąd mogę wziąć takie rękawiczki”. Dowiem się też, że nazwa kodowa na palenie papieru to „gówniany grill”, shitty barbecaue.

Gdy spalam papier mija mnie Dani, polskojęzyczna brytyjka. „Hej Maciek, palisz? Jeśli tak, to palarnia jest tutaj przy drodze, w obozie nie wolno”. Palarnia? Z ciekawości idę zobaczyć – to mała chatka z otartymi ścianami, ławeczkami i dwoma hamakami pośrodku, w środku siedzi kilka osób i kopci. Ło matko. Ja tu naprawdę miałem plan rzucić, jadąc tu naiwnie zakładałem, że w gdzie jak gdzie, ale przez 3 miesiące w dżungli uda mi się w końcu rzucić palenie. Totalne zadupie, las, itp., itd. Ale nie. Jest tu palarnia. Jak się okaże później, z powodu stresu pali się tu dużo więcej, zaczynają nawet Ci co wcześniej nie palili, a i też nie pomaga fakt, że fajki kosztują tu około 5 zika za paczkę. Ehh… Po szybkim spaleniu fajki lecę zaliczyć kolejny punkt dnia.

Śniadanie, w zestawie dwa kawałki chleba i opcjonalnie jajka, za które trzeba płacić. Pierwszy mindfuck, bo o tym mowy nie było na stronie. 1zł za jajko, a jeśli nie masz ochoty, to powodzenia w śniadaniu które składa się z chleba i kawy. Jajka były stałym elementem zestawu i nawet zadeklarowani weganie je jedli, bo późniejsza praca w dżungli na głodno mogłaby się okazać zabójcza bez protein w żołądku. Na śniadaniu poznaję boliwijczyków – kilka osób stałego zespołu, cała reszta to zagraniczni wolontariusze. Aleha jest boliwijskim lekarzem weterynarii, Oso mieszka w parku od 8 lat, odkąd miał lat 14. Rollo jest studentem medycyny, tacy jak on przyjeżdżają do parku w ramach praktyk i zostają na kilka miesięcy. Chicho (wymowa: Cziczo) jest z wioski 12 km od parku i wygląda jak czołg, niski i krępy, choć jak zobaczę później, bardziej adekwatne jest porównanie do helikoptera, bo gdy karczuje maczetą dżunglę, żując liście koki, to maczeta rozmywa się przez szybkość z jaką nią macha.

Przy śniadaniu zaczepia mnie Rhianna – 28-latka z Australii która jest koordynatorem tego obozu. CIWY posiada 3 obozy i w każdym jest ktoś, kto danym obozem zarządza. W AA jest to Rhi i kojarzę ją z Internetu, jest nie tylko koordynatorką ale też twarzą Ambue Ari gdy chodzi o PR. Zostaję oficjalnie przywitany i umawiamy się na załatwienie formalności po śniadaniu. Po wyjściu ze stołówki zauważam siedzące na ziemi zwierzę – rude coś wyglądające jak skrzyżowanie szopa z lisem. Wow, to ostronos! Odzywa się we mnie syndrom królewny Śnieżki: „widzisz zwierzę to podejdź i nawiąż interakcję”. Gdy kucam obok ostronos świdruje mnie wzrokiem i zaczyna cicho popiskiwać. „Hej, amigo! No no, mui peligroso!” – to Rollo który wychodzi ze stołówki, a to co mówi oznacza, że robię coś bardzo niebezpiecznego. Hmm, ciekawe, siedzący na ziemi pluszak wygląda niegroźne. Ok, pewnie później dowiem się o co chodzi, kieruję się w stronę biura pogadać z Rhianną, wkrótce oficjalnie zostanę wolontariuszem w Ambue Ari.

Pierwszy wpis: klik

 

 

1 Response

  1. Dorota

    Swietne wpisy!!! Jest juz prawie 1-sza w nocy, a nie moge oderwac sie od komputera. Przeczxytalam od deski do deski. Fajnie sie czyta i wciąga. Czekam na kolejne.

Leave a Reply