16
Wrz
2016
1

15. Pierwsza noc

„Super, że jesteś. Skąd przyjechałeś? Na długo? O, 3 miesiące! I specjalnie tutaj? Wow!”. Odpowiadając na zadawane pytania z ciekawością obserwuję otoczenie – nie miałem pojęcia czego się spodziewać. Moje pierwsze skojarzenie? Mesa pod pokładem żaglowca kilka wieków temu. Wszyscy w brudnych, przepoconych ciuchach. Faceci zarośnięci jakby nie widzieli maszynki od kilku miesięcy, i nie jest to rodzaj starannie przystrzyżonej i pielęgnowanej brody – to bardziej ten typ zarostu, gdy pewnego dnia człowiek stwierdza „nie będę się golił” i nie ingeruje później w hodowlę włosia. Dziewczyny z oczywistych względów bez makijażu, z fryzurami które mają być wygodne – króluje kok. Efekt jest zabawny, bo przez słabe oświetlanie i stopień zapuszczenia tych ludzi nie potrafię ocenić, ile kto może mieć lat. Nie da się. Za kilka tygodni będę pewnie wyglądał tak samo, może minus broda – nie wytrzymuję mając zbyt obfity zarost na głowie i twarzy, stąd też specjalnie do usuwania go zabrałem maszynkę do włosów na baterię, planując używanie akumulatorów AA z rezerw przy ładawaniu solarami.

Klimat jest magiczny. Na stole świeczki, pod stołem żarzące się fragmenty wytłaczanek (czyli tekturowych pojemników na jajka), powstały dym ma za zadanie odstraszyć komary, i skoro stosują coś takiego, tzn, że „siatkościany” nie do końca spełniają swoje zadanie. Wrażenie starego okrętu potęguje fauna, którą napotykam w kuchni – zostałem do niej skierowany gdy zapytałem, skąd mogę wziąć wodę. Oświetlając latarką pomieszczenie szumnie zwane „kuchnią” wywołuję popłoch wśród karaluchów i szczurów, te pierwsze nie mają problemu z ukryciem się, te drugie niezdarnie próbują wejść za szafki. Uroczo. To zdecydowanie nie jest miejsce dla ludzi których brzydzą ci przedstawiciele świata zwierząt. W kuchni pewne zaskoczenie – kran, zlew, butla z gazem i 3 palniki. Zakładałem najgorsze jadąc tutaj i w sumie nie zastanawiałem się przed wyjazdem jak będą wyglądać takie detale, wygląda jednak na to, że będą tu ciepłe posiłki i możliwość zagotowania np. wody. Kolejne pozytywne zaskoczenie następuje, gdy ktoś pyta mnie, czy jestem głodny. Jest ok 20, banany już się nadtrawiły i mam w żołądku pustkę, więc odpowiedź udzielam twierdzącą – po chwili ktoś stawia przede mną talerz z ryżem i jakąś potrawką w której rozpoznaję soczewicę cebulę. W smaku całkiem niezłe, tym bardziej, że spodziewałem się tu przez 3 miesiące jeść jedynie ryż z ryżem i posypką ryżową.

Gdy tak pałaszuję wchodzi jakaś dziewczyna, na powitanie dostaje od kogoś tekst „Hej Dani, mamy nowego wolontariusza”. Kilka zamienionych zdań, i po stwierdzeniu, że jestem z Polski, Dani polszczyzną pyta, czy na długo przyjechałem. Hęęęę?! Ok, polak w boliwijskim hostelu był sporym zaskoczeniem, ale jeśli tutaj będzie ktoś w Polski, tzn, że polonizacja świata następuję w dziwnie szybkim tempie. Po kilku zdaniach okazuje się, że Dani tylko polski zna – jej rodzice wyjechali w latach 80 do UK, i w domu było dwujęzycznie, co też po wsłuchaniu się wychodzi po akcencie, składni i czasami gubieniu słówek. To bardzo ciekawe posłuchać kogoś, dla kogo polski jest drugim językiem. Pewnie dla anglojęzycznych brzmię tak samo, jak Dani brzmi dla mnie.

Dowiaduję się, że o tej porze osóby decyzyjne już spią (21!) i jutro zostanę przywitany „normalnie”. Mija pół godziny i przestaję być w centrum uwagi, dzięki czemu mogę posłuchać czegoś, co zapewne jest standardową rozmową ludzi po dniu pracy tutaj. Przeplatane śmiechami opowieści z cyklu „co dzisiaj działo się w dżunglii”. Efekt niesamowity, bo Ci ludzie są przyzwyczajeni do czegoś, co dla osób w Europie czy Ameryce Pn. byłoby ekstremalnymi doświadczeniami. „Tak, znowu na mnie spadły mrówki z drzewa, haha, musiałem otrzepywać się delikatniej bo <tu nazwa kota> był dzisiaj nerwowy”. Tego typu konwersacja bez zbędnych emocji, coś na zasadzie „co dzisiaj działo się w biurze”. Inny świat.

Jest koło 22, ludzie zaczynają ziewać. Ktoś sobie przypomina, że trzeba mi znaleźć miejsce do spania. Jakaś dziewczyna, którą komary musiały lubić bardziej bo wygląda jakby miała ospę, mówi, że jej pomieszczenie jest wolne. Hmm, o tym tez nie pomyślałem – najwyraźniej mieszka się tu w warunkach koedukacyjnych, co będzie pewnie zabawne, bo nie zdarzyło mi się w życiu dzielić pokoju z obcą osobą płci przeciwnej. Szykuje się masa tragikomicznych faux paus. Ludzie zaczynają się rozchodzić, a Becks mówi, żebym poszedł za nią. To brytyjka z Londynu, która mówi tak szybko i z tak bardzo brytyjskim akcentem, że rozumiem co trzecie słowo. Tam gdzie nie rozumiem, zdarza mi się po prostu przytaknąć, co oczywiście nie ma sensu bo gdy idziemy przez obóz jest tak ciemno, że bez latarki obijałbym się o drzewa. Docieramy do długiego budynku, Becks otwiera drzwi ciągnąc za jakiś sznurek, mechanizmu nie rozumiem, ale nie wnikam – nawet jakby wyjaśniła, to bym pewnie nie zrozumiał.

Pomieszczenie cztery metry na pięć, w środku jedynie bardzo prosta szafka z półkami i 3 piętrowe łóżka, w powietrzu zapach wilgoci i grzyba. Tutaj również ściany w połowie z siatki, ale do tego oddzielają od siebie pomieszczenia w których śpią ludzie. O akustyce wynikającej z takiego rozwiązania zostaję poinformowany przez Bex gdy na zadane szeptem pytanie odpowiadam głosem normalnym, który musi się tu nieść jakbym naglę zadął w tubę. „Shhhh, pobudzisz ludzi!” Oops. Pardonsik. „Przedwczoraj wyjechała stąd wolontariuszka, został po niej materac i pościel, tutaj jest jakiś stary śpiwór po poprzednich wolo. O, jakaś poduszka też jest. Moskitiera jest zamontowana, ale nie myśl o niej za długo, nawet jak są dziury to dzisiaj nic z tym nie zrobisz. Dobranoc”. Wow, dostałem dżunglową wyprawkę. Hah. Pościel po kimś kto wyjechał, poduszkę która być może jest źródłem zapachu grzyba w tym pomieszczeniu, śpiwór w którym mogło coś zamieszkać przez brak regularnej obecności człowieka w nim. Wspominałem coś o starym okręcie? Na szczęście nie nastawiałem się tu na luksusy, a i tak jest lepiej, niż się spodziewałem, bo zakładałem dużo bardziej spartańskie warunki – jak np spanie na ziemi. Po ostatnich 2 dobach jestem wyczerpany – emocje, zmęczenie i niedawny posiłek robią swoje. Nie ma sensu się nawet rozpakowywać, nie tylko jest ciemno, ale i za siatkościanami śpią ludzie więc nie chcę hałasować. Złe pierwsze wrażenie i otrzymanie xywy „Mr. Głośny” byłoby niedobrym scenariuszem. Zdejmuję buty, spodnie, skarpetki, latarką sprawdzam, czy w śpiworze nic się nie zalęgło. Materac okazuje się całkiem wygodnym siennikiem, zapach poduszki przestaje mi przeszkadzać po kilku minutach.

Odpływając słucham odgłosów świerszczy. Spodziewałem się chyba bardziej hałaśliwej natury, czegoś jak w programach dokumentalnych, gdy nagle w nocy dżungla ożywa i rozlega się kakofonia godów, przemieszana od czasu do czasu z krzykami drapieżników i ich ofiar. Ale słychać tylko świerszcze i nie potrafię ocenić, czy tak ma być i zostałem oszukany przez filmy przyrodnicze, czy też po prostu to cicha noc. Z jednej strony jestem wyczerpany, z drugiej zaśnięcie zajmuje mi dobre kilkanaście minut, bo zaczynają wypływać emocje. Podekscytowanie i poczucie bezpieczeństwa. Nie muszę się już martwić o to, czy dojadę, albo o to, że ktoś mnie nie okradnie (i wtedy cały plan w piz.u) – dotarłem do miejsca które na 3 miesiące stanie się moim domem. Ogarnia mnie spokój wymieszany z niecierpliwością. Zasypiam nie mogąc doczekać się jutra – jeśli sama podróż tutaj była w pewien sposób szalona, to jak szalone będą następne tygodnie?

 

Pierwszy wpis: klik

2 Responses

Leave a Reply