9
Wrz
2016
1

14. Guarayos

Guarayos to miasteczko, w którym można się zakochać – jeśli ktoś ma fetysz nakierowany na zapadłe dziury wyglądające jak z filmów o Dzikim Zachodzie. Ludzie nie jeżdżą w nim oczywiście na koniach, nie uświadczysz w nim chińskich pralni i saloonów, chodzi bardziej o klimat. Jedna główna droga zahaczająca o najważniejsze tam rzeczy – główny plac, szpital, stacja radiowa. Oprócz tego, asfaltu wystarczyło może jeszcze na kilka dróg pobocznych, i tu Ascencion de Guarayos się kończy. Reszta to pył, rynsztoki przy drogach, masa motocykli i sklepów w rodzaju „znajdziesz tu wszystko”. W następnych miesiącach bardzo to miasteczko polubiłem, tym bardziej, że okazało się bezpieczne – chociaż to tylko gdy byłeś płci męskiej, bo kwestia podejścia mężczyzn do kobiet to coś, w czym Boliwia nie przoduje i zasada dla wolontariuszek była prosta: nie skończ sama po zmroku w Guarayos. Problem potęgowało to, że Guarayos było pewnego rodzaju miasteczkiem-przystankiem na północnej drodze Boliwii i głównie utrzymywało się z kierowców cieżarówek którzy zatrzymywali się tu żeby coś zjeść, napić się i odpocząć. Stacja benzynowa rozrośnięta do roli stolicy dystryktu. Miało swój niesamowity urok, ale ten odkryłem dopiero po 2 miesiąch pobytu w Boliwii – mój pierwszy kontakt z Guarayos był trochę traumatyczny.

Gdy autobus wysadził mnie na placyku pełniącym rolę dworca, zrozumiałem w pełni jak daleko jestem od Europy i objawiało się to choćby jeszcze bardziej kurczowym trzymaniem plecaka. Po rozejrzeniu się dookoła i uświadomieniu sobie, że nie czuję się tu swobodnie, chciałem jak najszybciej dostać się do Ambue Ari – wg instrukcji miałem złapać busa do następnego miasteczka, San Pablo, które od Guarayos oddalone było o 110km. Przy zakupie przejazdu miałem powiedzieć, że chcę wysiąść po drodze, przy Parku, i w teorii, kierowcy wiedzą gdzie to, więc nie powinno być problemu. Brzmi prosto, i sam zakup biletu też taki się okazał – gdy z torbą podreptałem w część placu na której stało kilka busów, usłyszałem nawoływanie, to samo które słyszałem na dworcu w Santa Cruz. Jedną z nazw która padła, było właśnie San Pablo. Podchodzę do krzyczącej kobiety. „Dzień dobry, San Pablo?” Krótkie „si” potwierdza, że jestem na dobrej drodze. Na wszelki wypadek pokazuję też mapkę z wydrukowanym tym rejonem kraju i zaznaczonym na niej Parkiem. „Ahh, si, parque”. Kupuję bilecik, kobieta wskazuje stojący obok bus i pyta o imię żeby wpisać na listę. Tłumaczenie jak zapisać słowo „Maciej” może trochę potrwać, podaję więc „Miguel”, czyli po hiszpańku Michał i stanie się to standardem na następne miesiące gdy jakikolwiek boliwijczyk będzie mnie pytał o imię. „Miguel Bielak, miło mi poznać”.

Pokazuję kierowcy bilet, ten wrzuca moją torbę na tył i idzie sobie usiaść w cieniu. Wg wskazówek CIWY, busy odjeżdżają gdy zbierze się komplet pasażerów, co w teorii nie trwa długo, biorąc pod uwagę charakter Guarayos. Siadam na ławeczce za busem, najmniej widoczna część placu. Odpalam fajke – zostały mi 4 papierosy i nie planuję kupować więcej, 3 miesiące w dżunglii to doskonała okazja żeby rzucić. Znalezienie transportu poszło błyskawicznie, ławeczka przy biurze firmy transportowej (do której należy bus) jest zarówno ukryta przed potencjalnymi „bandidos” ale zarazem tuż przy kanciapie pracowników linii, nie jest źle. Jest ok 15tej, za jakąś godzinę powinienem być już w Parku. O święta naiwności…

Po godzinie jestem głodny i lekko zaniepokojony. Liczyłem, że na tej ławce spędzę może z 15-20 minut i ruszymy – póki co jak patrzę ile osób podchodzi kupić bilet u sprzedawcy, to w tym tempie może to potrwać dużo dłużej, oprócz mnie są jeszcze 2 osoby chętne na podróż w tamtym kierunku. Burczy mi w brzuchu i nie wiem jak w Parku będzie wyglądała sytuacja z jedzeniem, czyli czy będę mógł liczyć na cokolwiek zjawiajac się ot tak, w losowej porze dnia. Ławka jest przytulna i niespecjalnie mam ochotę iść i szukać czegoś do jedzenia, ale motywuje mnie wizja spędzenia reszty dnia na głodno.

Chodzę po placu i rozglądam się. Czy chcę wyciągać telefon i robić zdjęcia? Zdecydowanie nie, bo nie wiem jakie nastawienie do robienia im zdjęć (w roli elementów tła) mogą mieć tubylcy. Ale z drugiej strony wypadało by coś wysłać rodzinie, bo miejsce jest kwintesencją Ameryki Południowej, na tyle, na ile o niej poczytałem przed wyjazdem. Ok, szybka akcja, wyciągam telefon, obrót dookoła, kilka fot. Misja zakończona sukcesem.

Wchodzę do dużego budynku pełniącego najwyraźniej funkcję poczekalni dworcowej. Kilka sklepów i punktów serwujących jedzenie, przy stolikach siedzą boliwijczycy i jedzą – głównie zupy. Tak jak w Santa Cruz, rozglądam się za czymś neutralnym i stosunkowo bezpiecznym. Moją uwagę przykuwają owoce i coś, co nada się idealnie na zapchanie się. Banany. Uwielbiam je, bo są idealnym pokarmem dla ludzi leniwych – wygodna forma, wygodny sposób obrania, zjesz ze 4 i jesteś pełen. Są perfekcyjne. A tym bardziej tutaj, bo z racji wielu czynników (m.in. eksportowania ich na inne kontynent), w Europie najczęściej sprzedawane są banany jednej odmiany. W krajach w których rosną jest tych odmian kilkaset i różnią się kolorem, długością i co najważniejsze: smakiem. Kupuję coś, co wygląda jak 1/3 bananów znanych w Europie, urocze minibananki. Wracam szybko na ławkę, próbuję jednego – WOW. Pewnie wpływ na odbiór ich smaku miało moje wygłodzenie, ale nawet bez tego podejrzewam, że bym się rozpłynął, są nieporównywalnie słodsze do tych, które kupuję w Polsce. Zjadam 10 i czuję komfort.

Po dwóch godzinach zaczynam się poważnie niepokoić, czekanie trwa zdecydowanie zbyt długo. Jest 17, koło 19 zrobi się ciemno, a ostatnie czego bym chciał, to siedzieć tu po zmroku. Co jakiś czas natrętnie wraca też wizja tego, że pasażerów może się w ogóle nie zebrać komplet i nie mam pojęcia co wtedy. Czy ten bus wtedy pojedzie? Na wszelki wypadek próbuję wygooglać jakiś namiar na hotel w tym miasteczku, google niestety wypluwa zero propozycji. Cudownie. Na pytanie „jak długo?” zadane sprzedawczyni biletów, ta rozkłada ręce. Świetnie. Przypominam sobie, że z Santa Cruz odjeżdża autobus o 14:30 który w teorii powinien zatrzymać się tutaj na chwilę między 19 a 20. Jeśli do tej pory nie uda się ruszyć busem, to zostanie jeszcze autobus wieczorem. Nie chcę myśleć co będzie, jeśli się nie zatrzyma. Osiwieję jeśli utknę w tym miejscu na noc.

Około 18 do sprzedawcy biletów podchodzi kobieta z czwórką dzieci. 5 minut rozmowy którą oglądam z desperacją, kupują bilety, podchodzą do busa którym mam jechać. Komplet! Kierowca zaczyna upychać ich torby, trąbi 3 razy klaksonem, sprzedawca biletów podchodzi z listą do busa i zaczyna się rozglądać po ludziach. Odhacza każdego z obecnych, wchodząc do busa upewniam się rzucając kierowcy krótkie pytanie „Parque, si?” „Si, si senor”. Ok, będzie dobrze. Na tył wchodzę ja i jak się okazuje nadmiarowa liczba dzieci, dokładnie trójka. Kierowca przed ruszeniem zdjemuje wiszący na lusterku krzyżyk i żegna się 3 razy. Huh? Ok, uznałbym coś takiego za bardzo niepokojący sygnał, ale jestem zbyt podekscytowany. Gdy ruszamy robi się już szarówka.

Wyjeżdżając z Guarayos zaczyna się robić… dżunglowo. Po obu stronach drogi ściana zieleni, mokradła, co jakiś czas farma. Po około 20 minutach jazdy robi się ciemno i nie widzę już nic, za to w głowie pojawia mi się scenariusz w którym wysiadam gdzie indziej niż w Parku, bo… cokolwiek. To jest dosłownie droga przez dżunglę, więc na wszelki wypadek odpalam google mapę – jeśli nie wysiądę przy Parku, to rano pewnie ktoś znajdzie mój szkielet obrany przez wszystko co może tu żyć. Mapa aktualizuje się co jakiś czas i GPS mniej więcej pokazuje mi gdzie jestem, zostało ok 20km.

W pewnym momencie na poboczu robi się jasno. I pomarańczowo. Ściana zieleni na kilku metrach zamienia się w ścianę ognia, ale kierowca wydaje się niewzruszony, nawet nie zwalnia przejeżdżając przez dym, choć zupełnie nie widać co jest po drugiej stronie. Ok. Rozumiem klimat, i jeśli takie rzeczy nie robią na miejscowych wrażenia, to następne miesiące mogą być ciekawe. Po 10 minutach aktualizacja mapy pokazuje mi, że jesteśmy w regionie Parku, więc wolę się upewnić i w po użyciu translatora zadaję kierowcy niewinne pytanie: „Jak daleko do Parku”? W odpowiedzi dostaję coś naprawdę zabawnego – „Parque? Ahhhhh, si, Parqe!”. Ermm… Jeśli w tym kontekście dobrze rozumiem barwę głosu i tonację, to facet zapomniał, że ma mnie wysadzić przy Ambue Ari. Cudownie. Po kilku minutach bus staje, a reflektory oświetlają wielką tablicę z napisem „Parque Ambue Ari”. Dojechałem. Nie wierzę w to. Udało się! Jestem cały, zdrowy i jestem tam, gdzie miałem być. 2 dni temu wychodziłem z domu w Polsce i spodziewałem się wszystkiego, tylko nie tego, że dotrę właściwie bezproblemowo i zgodnie z planem. Jestem w dżungli. Hah!

Kierowca wyciąga mój bagaż, jedyne źródło światła to bus, który po chwili odjeżdża. Na szybko wyciągam latarkę. Ok, co dalej? W głąb lasu prowadzi droga, nie mam wyjścia. Po ok 15 metrach widzę kilka pomarańczowych błysków i zarys budynku. Świeczki! Słyszę też głosy. Budynek w połowie składa się z siatki. Podmurówka, dach, słupy i moskitiera w roli ścian. W środku ludzie. Otwieram drzwi, wchodzę i widzę z 10 osób przy długim stole.

„Hej, jestem nowym wolontariuszem”.

 

 

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply