6
Wrz
2016
0

13. Autobus

Autobus jest nagrzany jak piekarnik. Rozglądam się z ciekawością. Chyba gdzieś miałem zaszczepiony stereotypowy obraz starego, rozklekotanego wraku na krańcu świata i podróży w otoczeniu tubylców, klatek z kurczakami i kóz – podziękować mogę naleciałościom kulturowym wynikającymi choćby z europejskich i amerykańskich filmów. W rzeczywistości wszystko tu jest… normalne. A przynajmniej normalne dla człowieka który pamięta Polskę lat 90tych, bo tak to mniej więcej wygląda – coś na kształt naszego PKSu sprzed dwóch dekad, nie jest źle. Rozglądam się po pasażerach i zachwyca mnie mieszanka fizjonomii, w autobusie pełen przedział kultur i historii tej części świata. Rozrzut kolorów poczynając od potomków ludów właściwych, czyli tych sprzed najazdu reszty świata w XVI wieku, kończąc na potomkach tych, którzy ich najechali, czyli z dużo bledszym odcieniem twarzy. Pełen miks pomiędzy tymi biegunami, paleta barw będąca ilustracją historii. I oczywiście gringo właściwy, czyli ja. Przybysz z innej bajki.

Ruszamy i po przejechaniu może ze 100 metrów postój. Bramka, szlaban. Do autobusu wchodzi boliwijczyk w mundurze i idąc w głąb autobusu nawiązuje interakcje z pasażerami – bierze od nich pieniądze. Hmm… Nie mam pojęcia o co chodzi, ale widzę, że dają mu kilka monet. Im bliżej, tym lepiej widzę ile – 2 Bolivianos. Przechodzi koło mnie, bierze je, dostaję niezrozumiały świstek papieru. Opłata za wyjazd z dworca? Miasta? Podatek od podróży? Nie mam pojęcia. Ruszamy dalej.

Po kilku minutach jazdy wstaje jeden z pasażerów – biała koszula, ogolony, użelowane włosy. Wczoraj widziałem taki widok jedynie w punkcie Entela i kantorze, więc lekko mnie to intryguje. „Buenos dias senores y senoras”. O, znowu przydało się Duolingo i próba nauki języka – rozumiem go, standardowe „dzień dobry państwu”. Po tym jednak oczywiście przestaję go rozumieć. Nie rozumiem pierwszych 5 minut jego monologu. Ani 10. Ani 15. Facet się produkuje, gestykuluje, a ja jedynie mogę wnioskowac co tak właściwie się dzieje po jego mowie ciała i barwie głosu. Oglądalście kiedyś film w języku którego nie rozumieliście? Coś w ten deseń, i albo to polityczna agitka, albo najbardziej bezpośrednia akwizycja jaką widziałem. Ten człowiek jest niezmordowany, po ok pół godzinie zaczyna pytać o coś innych pasażerów – mam dziwne wrażenie, że w Polsce prędzej czy później ktoś kazałby mu się zamknąć, a na pewno zostałby olany. Tutaj jednak obserwuję nawiązywanie dialogu z publiką. Oglądam teatr z którego nie rozumiem ni słowa – w ruch lecą jakieś torebeczki, facet czymś częstuje. Nagle zaczyna dialog z matką trzymającą na rękach może z roczne dziecko i być może po minucie perswazji ta otrzymanym od niego „czymś” to dziecko karmi. Wszyscy biją brawo. Co tu się dzieje?

Jego teatrzyk trwał około 40-50 minut, a kończy się przejściem po pasażerach i rozdaniem małych torebeczek. W środku kilka tabletek, a na etykiecie roślinka, „100% Original” i, jak poinformował mnie google translator, napis informujący o szeregu zastowań: od leczenia problemów z narządami wewnętrznymi do leczenia impotencji. Wraca, zbiera torebki, chyba, że ktoś chce kupić – co czyni około połowa pasażerów (~20 osób). Hah. Podsumowując, przypadkowy facet w autobusie, sprzedający tabletki w opakowaniach domowej roboty, który po po kilkudzesięciu minutach monologu przekonał do kupna pół autobusu – w tym matkę do podania tego swojemu dziecku. Czad. Mistrzostwo marketingu.

 

 

Czas miał najwyraźniej rozplanowany a trasę znał doskonale, bo przedstawienie i sprzedaż kończy się w momencie zatrzymania w wiosce po drodze. Kierowca na chwilę wychodzi a do autobusu wchodzi rozwiązanie zagadki czemu tylko ja mam przy sobie wodę (większość ludzi jedzie bez żadnego bagażu) – 3 kobiety zaczynają handel. Jedna z nich ma koszyk z pierożkami których spore natężenie widziałem już w Santa Cruz, druga kawałki kurczaka na patykach, trzecia butelki ze schłodzoną wodą. Obwoźny bufet. Drugiego dnia w Boliwii zastanawiam się jak to jest możliwe i bezpieczne, w Polsce by ich zjadło bhp i sanepid. Za kilka tygodni będę się z tego cieszył i żałował, że u nas nikt mi w autobusie nie zaproponuje „empanada” – bo tak te pierożki się nazywają.

Przyczynę postoju rozumiem dopiero po zerknięciu w mapę googla – jesteśmy w miasteczku Pailon i jak wynika z mapy, to taki punkt graniczny z cywilizacją. Po nim miasteczka czy wioski będą co około kilkadziesiąt kilometrów, podróży zostało mi może ze 200, z czego przez około 100 droga prowadzić będzie przez farmy, aż do miasteczka San Ramon. Przez ten dystans trochę drzemię (przypiąwszy się uprzednio do plecaka), trochę oglądam widoki za oknem – te nie różnią się za wiele od widoków które widziałem jadąc do Santa Cruz z lotniska, przeważają farmy, palmy i krowy. Do San Ramon docieramy koło 13, tam znowu krótki postój, znowu lokalny bufet z dostawą do siedzenia i dalej w drogę. Teren robi się jakby mniej cywilizowany. Farmy ustępują lasom, nie są to co prawda dżungle-dżungle jakich można by się spodziewać po wyobraźni podsyconej dokumentami na „Nationa Geographic”, ale zdecydowanie zaczynam wjeżdżać w tą zalesioną cześć Boliwii. San Ramon to pewnego rodzaju rozdroże i patrząc na mapę, wielkie skrzyżowanie – autobus skręca na wschód, na jedyną asfaltową drogę w tym regionie – następny rozstaj dopiero ok 300km dalej.

Drzemię i w przerwach powtarzam sobie dalszą część planu – autobus za jakąś godzinę powinien dotrzeć do Ascension de Guarayos, pewnego rodzaju stolicy tego dystryktu. Tam podobno bez problemu złapię busa, zostanie ok 50km do Ambue Ari. Drzemanie idzie coraz gorzej bo robię się podekscytowany. Za oknem robi się coraz bardziej dżunglowato, palm robi się mniej, więcej innych drzew, morze zieleni w postaci roślin podobnych do bananowców. Co jakiś czas zerkam na mapę googla – zostało 30km… 20… 10… Dojeżdżam do Guarayos!

Patrzę za oknem, wygląda to trochę jak wioska. Pewnie przedmieścia, w końcu to stolica dystryktu. Wjeżdżamy między jakieś stragany – z zaskoczeniem patrzę, jak autobus wjeżdża w coś na kształt rynku. Kilka metrów za nimi się zatrzymuje. Wtf? Wszyscy wysiadają, wysiadam i ja. Rozglądam się. Plac bez asfaltu, pył, stragany, na środku placu trochę stoliczków przy których siedzą lokalsi którzy już faktycznie wyglądają jak lokalsi, a nie boliwijczycy ubrani na styl zachodni jak w Santa Cruz. Ziemia czerwonawa, zgiełk i jazgot, koło mnie przebiega kilka psów. Wyobraź sobie stereotypowy targ, ale w jakimś państwie centralnej Afryki. Tak to wygląda, tylko w wersji południowoamerykańskiej. Aktualizuje mi się google mapa. To centrum „stolicy dystryktu”. O ku**wa… Moja paranoja eksploduje a za rogiem czai się lekki atak paniki. Zdjęcia odważę się zrobić dopiero po 2 godzinach spędzonych w tym miejscu – nie wszystko poszło zgodnie z planem…

 

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply