2
Wrz
2016
0

12. Dworzec

Pobudka, fajka, prysznic. Na śniadanie coś w rodzaju miniszwedzkiego stołu, dostępne dla wszystkich tosty, masło, sok, jajka, kawałki arbuza w misce i w misce obok kawałki czegoś pomarańczowego – wygląda jak dynia. Nakładam wszystkiego, w tym dyniowate coś, bo pierwszy gryz uświadamia mnie, że dynia to nie jest. Smakuje jak… maślany arbuz. Szybka burza mózgów, odrzucam małoprawodpodobne rzeczy – zostają dwa typy, albo to dziwny, pomarańczowy melon, albo papaja. Owoce smakują niesamowicie i nie wiem, czy to zasługa tutejszych upraw czy mojego wygłodzenia.

Jest 9, mój plan początkowo zakładał spacer na dworzec piechotą (coś koło 2km), ale po doświadczeniach z plecakiem na lotnisku porzucam ten pomysł. Poproszę w recepcji żeby zamówili mi taxi, dzięki temu też nie muszę się śpieszyć. Siedzę na patio i zabijam czas paląc – mam zamiar rzucić w Parku, więc można ująć, że delektuje się i palę na zapas. Na ławce obok siada facet, patrzy na mnie, wskazuje na twarz i mówi „au, to musi boleć”. Oops. Nie spojrzałem dziś w lustro, a jeśli tekst o moich poparzeniach słonecznych twarzy jest dobrym openerem do rozmowy, tzn, że to spore oparzenia. Z jednej strony nie mam za wiele czasu, z drugiej, to pierwsza okazja do jakiejś szerszej rozmowy po angielsku i może dzięki temu przypomni mi się język. Bez tego jest ryzyko, że wstępnie w Ambue Ari będę dukał, a to byłoby niezręczne. Typowy „small talk”, rozmawiamy o tym co robimy w Boliwii itp. itd. Opowiada mi historię o tym, jak jadąc tutaj z innego miasta autobusem spędził w nim ok 40 godzin – podróż miała trwać 15. Po drodze, na odludziu, osunęła się ziemia i tak autobus stał prawie dobę i czekał na uprzątnięcie. Puentą było to, że miał tylko 1,5-litrową butelkę wody przy sobie i z tego co opowiadał, jego mocz nigdy nie był aż tak brązowy, odwodnił się koncertowo. Hmmm, mój mózg zaczął zmierzać w stronę wizji czegoś podobnego. Plecak upchany do granic, mały tak samo – nie mam gdzie schować butelek na drogę. Coś wymyślę. Pogadaliśmy jeszcze kilka minut, pożegnałem się, kupiłem w recepcji dwie, 2litrowe butelki wody i wróciłem do pokoju. Po krótkiej zabawie w MacGyvera wychodzę z dwiema butelkami przymocowanymi do plecaka za pomocą dwóch worków na śmieci (tak, w torbie mam różne cuda na różne okoliczności). Przeszedłem parę kroków – działa! Przeszedłem kilka następnych, zerwało się… Przez kilka sekund czułem dumę, dobrze, że nikt tego nie widział. Ok, plan B: jedna butelka w łapę i jakoś to będzie, druga zostaje w ofierze hostelowi.

W recepcji proszę o taxi, „na lotnisko”? „Nie, na dworzec poproszę”. Przyjeżdża coś sportowego po tuningu, wysiada młody boliwijczyk w lustrzankach. Moje wyobrażenie boliwijskiego gangsta jeżdżącego fałszywą taxi po dzianych gringos zmaterializowało się i uśmiecha się do mnie. Niby na szybie z przodu nalepka „taxi”, niby z tyłu na szybie jakieś coś z numerem telefonu, ale jakbym to ja miał jeździć fałszywą taxi to też bym takie nalepił. Fuuuuck. Dziękuję Ci mój mózgu za to, że tak się o mnie martwisz, ale to czasami bywa upierdliwe.

Ok, jestem bez wyjścia – nie powiem mu teraz „nie, dzięki” bo to będzie niezręczne, a jeszcze bardziej niezręczny będzie powrót do recepcji z tekstem „poproszę inną!”. Nie mam wyjścia. Yolo, jak mawiają starzy swaggerzy dwa razy młodsi ode mnie. Otwiera bagażnik, wkładam torbę, „Terminal bimodal por favor” i jedziemy. Wyciągam telefon, odpalam google maps i nawigację. Jeśli wektor kierunku „na dworzec” zbytnio się zmieni, to… coś. Nie wiem co. Paranoiczna wizja siekanego mnie maczetami na szczęście się nie sprawdziła, dojeżdżam na dworzec, pytam „ile”, standardowo daję 100 Bs z poważną miną człowieka czekającego na resztę. Od CIWY mam instrukcje gdzie iść – po wejściu na dworzec przejść podziemiem na terminal odjazdów długodystansowych, tam kupić bilet na autobus firmy przewozowej „Trans Guarayos Línea 102” na podróż do Ascención de Guarayos. Brzmi prosto.

Idę przez dworzec i co chwila kieruje się w moją stronę jakiś boliwijczyk powtarzający jeden i ten sam zwrot. Po kilku sekundach do mnie dociera, że wymieniają nazwy miejscowości w Boliwii. Niby rozumiem, że to kierowcy naganiajacy klientów, ale jednak stres jak co chwila losowy człowiek zaczyna do Ciebie prawie krzyczeć. Docieram do właściwego terminala i zaczynam rozumieć, czemu kierowcy muszą sami sobie załatwiać pasażerów. Przyzwyczajony do Europy spodziewałem się czegoś na kształt kasy, okienek, coś w tym rodzaju. Wiecie, podchodzisz, mówisz gdzie, kupujesz bilet – sprawa załatwiona. Chodzę po dworcu i rozglądam się za czymś tego kształtu. Nie ma. Terminal wygląda mniej więcej jak peron dworca kolejowego, tylko na plac podjeżdżają co chwila autokary i busy, ludzie schodzą z „peronu” po schodkach i wchodzą do autobusu. CIWY jednak wyraźnie zaznaczyło, że bilet mam kupić u „sprzedawcy biletów”, i gdyby mieli na myśli „w autokarze”, to chyba by tak to określili. Chyba. Wokół pełno straganów z kilkoma krzesełkami, szyldami i tablicami gdzie wydrukowane lub namazane kredą są różne godziny. Ok, idę tym tropem.

Na jednym straganem widnieje napis którego szukam „Trans Guarayos” – a tam na rozpisce godzin, na samej górze, ważna przesłanka, że jestem u celu: „9:00 – Guarayos – (Parque) – San Pablo”. Jest 9:40, następny autobus, ten do Guarayos czyli do miasteczka przed Ambue Ari, mam o 10:30. Ok, google translator w dłoń, bilet zakupiony, dostałem ładny, zielony bilecik. Rozglądam się po terminalu i naprzeciwko straganu stoi autokar podpisany tak jak nazwa firmy a przy nim krząta się boliwijczyk i pakuje jakieś worki do luku bagażowego. W sumie zapytam, czy to ten, co mi szkodzi. „Guarayos?” – pytam pokazując też bilet. „Si” – przytakuje operator worków. Mówi coś wskazując na mój bagaż. Hmm, odjazd za kilkadziesiąt minut, w sumie czemu nie. Daję mu torbę, nakleja na nią kawałek papieru, daje mi numerek. Czad, dostałem potwierdzenie, że to mój bagaż. Mogę trochę wyluzować – chyba najbardziej upierdliwe w podróżowaniu solo z dużym bagażem jest to, że idąc choćby o coś zapytać nie możesz go zostawić drugiej osobie do popilnowania. Musisz wrzucić te kilkanaście/kilkadziesiąt kilo na placy albo wziać w rękę tylko po to, żeby coś kogoś zapytać albo coś załatwić. Jak np. potrzebę fizjologiczną. Jeśli kiedyś musiałeś wejść z wielkim plecakiem do małej kabiny to prześlij mi proszę instrukcje, bo to jedna z rzeczy której udało mi się uniknąć i do tej pory nie wyobrażam sobie jak się to robi.

Na szczęście uniknąłem czegoś takiego – po przekazaniu bagażu zacząłem się rozglądać za instytucją toalety. Piktogramów „on|ona” nie widziałem nigdzie po drodze, ale po drugiej stronie placu widzę wielki napis „Baños públicos”. Szybka dedukcja, co może być publicznego na dworcu? Szanse są spore, że to ubikacja, w sumie nic nie zaszkodzi mi się przejść i zobaczyć – autobus mam cały czas na oku. Tak, to WC! Z prawidłowym stanowiskiem obsługi czyli po naszemu klozet-babci. Poczułem tęsknotę za domem.

Wróciłem lżejszy o poranny sok, usiadłem na ławce przed autobusem. Okupał mnie gołąb, chyba dobry omen. 10:50, poślizg 20 minut, kierowca odpala autobus i kilka razy trąbi, wsiadam. Lotnisko było prawie europejskie, Santa Cruz mimo, że egzotyczne, to jednak nadal cywilizacja. Teraz ruszam w Boliwię właściwą, bezdroża, wsie, a dalej na północ dżungle. Fajnie. Stres dnia wczorajszego opadł, teraz czuję tylko faktyczną przygodę – za kilka godzin będę u celu!

Pierwszy wpis: klik

Leave a Reply