30
Sie
2016
1

11. Polak i pizza

Jest po 15, mój pokój jest już gotowy, więc mogę zabrać graty. Szału nie ma – podwójne łóżko, dwie szafki, wentylator przy suficie. Coś biednie jak na 200 boliwianos (~120zł) za noc, ale z drugiej strony nie mam pojęcia czy na boliwisjkie warunki to tanio czy nie. Kibel z prysznicem jest na zewnętrz i przeżywam w nim szok kulturowy – instrukcja na drzwiach informuje mnie, że zużyty papier toaletowy należy umieścić w koszu na śmieci. Ło matko. Mam to…wrzucić tu… i tak zostawić? Poważnie? Ugh…

Po rozgoszczeniu się w pokoju idę grzebać w telefonie i cieszyć się wynikami spaceru – tubylczą kartą SIM. Rozsiadam się na patio, odpalam faję i zaczynam aktywację – trochę z duszą na ramieniu, bo jeśli będzie coś błędnego w instrukcjach które wydrukowałem przed wylotem, to czeka mnie znowu spacer do punktu Entela i to może mnie zabić. Wpisuję kod ze zdrapki – działa, mam 50bs kredytu. Wpisuję kod na wiadro mobilnego netu – działa! Dzwonię do rodziny używając Whatsapp. Wszystko gra. Są może 2 sekundy opóźnienia i czasem się coś przytnie, ale biorąc pod uwagę, że właśnie rozmawiam z kimś w Polsce, 11 tysięcy kilometrów dalej, za zapewne nie więcej niż 1gr/min, to jest to imponujące. Po rozmowie rozsiadam się na ławce, odprężam i chyba zaczynam czuć coś w rodzaju dumy. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale mogę się odprężyć pierwszy raz od 48 godzin i uświadamiam sobie, że udało mi się załatwić wszystko, co załatwić musiałem. Wymieniłem pieniądze, ogarnąłem kwestię Internetu, Nikt mnie nie okradł, nie rozbiłem się nad Atlantykiem, nie utknąłem w Madrycie, udała mi się być może najtrudniejsza część tego tripa – czy raczej najbardziej nerwowa. Siedząc w hostelu czuje się komfortowo, stał się w tym momencie małą namiastką domu. Mikrobąbelkiem bezpieczeństwa. Nagle słyszę burczenie w brzuchu. Przez te wszystkie emocje, fajki, upał i dojenie wody nie czułem głodu, organizm zaczyna o tym przypominać dopiero jak usiadłem i odpocząłem. Przypominanie jest usprawiedliwione, bo ostatni posiłek jadłem w samolocie jakieś 12 godzin temu i tu uświadamiam sobie, że mam mały problem.

Nie wiem absolutnie nic o lokalnych potrawach a po drodze nie widziałem niczego co by wyglądało choć trochę standardowo. Hamburger, pizza? Nie, jedynie dziwne pierożki z ulicznych straganów. Pewnie gdzieś tu są jakieś knajpy w których znajdę standardowe, znajome mi jedzenie, ale nic takiego nie wpadło mi w oko a nie chcę robić eksperymentu „zjedz cokolwiek”. Może i chciałbym taki zrobić, ale nie są to odpowiednie okoliczności – czyli jutrzejsza, dalsza część planu. Muszę koniecznie wstać rano, zdążyć na autobus i nie mieć w nim problemów z żołądkiem, bo ani nie wiem jak jest po hiszpańsku „czy można na chwilę stanąć” ani jak jest „pielucha”. To nie wchodzi w grę. Nie tyle boje się zatrucia nieświeżym jedzeniem, co reakcji mojej flory bakteryjnej w układzie pokarmowym gdy przybije sobie pionę z florą boliwijską. Coś takiego stanie się pewnie prędzej czy później (i będzie to kilka złych dni), ale nie może stać się jutro.

Rozmyślam tak o potencjalnym posiłku zerkając czasem na kręcących się po hostelu ludzi – i na jednym z nim zatrzymuję wzrok dłużej, bo w oczy bije mi saszetka przy pasie na której widnieje napis „CZEŚĆ”. Hę? „Cześć” w sensie… „cześć”? Ok, jestem w Boliwii i do tego w mieście które absolutnie nie jest atrakcją tusrystyczną – z tego co czytałem nie ma w nim nic wartego zobaczenia. Jeśli to faktycznie polak, a nie ktoś, kto kupił sobie taką saszetkę podczas podróży po Polsce, to byłoby to całkiem zabawne. Nie jestem fanem zaczepiania obcych ludzi tylko z powodu faktu urodzenia się na tym samym kawałku świata, ale ta sytuacja jest dość wyjątkowa. Jestem po prostu ciekaw. Facet siada przy stoliku kilka metrów dalej, a ja po wypaleniu fajki i wewnętrznym dialogu o temacie przewodnim „czy mi się chce” podchodzę zagadać. A jednak polak. W losowym hostelu losowego miasta w jednym z mniej uczęszczanych przez turystów państw. Jesteśmy wszędzie.

Nazywa się Robert, od 4 miesięcy podróżuje po Ameryce Południowej, i też uważa, że to dość zabawne, bo jestem trzecim polakiem którego spotkał przez te miesiące, a pierwszym w Boliwii. Sposób podróżowania ma dość niecodzienny (jak na polskie warunki) – 2 dni w tygodniu zarabia zdalnie siedząc z laptopem w jakimś hostelu/hotelu z WiFi, a zarobki z tego tytułu wystarczają na podróż solo po stosunkowo tanim kontynencie. Można? Można. Backpacker nowych czasów którego do powrotu do kraju mogłaby zmusić jedynie utrata laptopa. W trakcie rozmowy pytam lekko zażenowany, gdzie można zjeść tu coś bezpiecznego. W sensie bez mięsa, bez czegoś surowego (nieprzetworzone warzywo/owoce odpadają), i najlepiej jak najbardziej znajomego. Spojrzał na mnie trochę dziwnie, ot pewnie tak jakbym ja w takiej sytuacji spojrzał na gościa który pytałby gdzie tu zjeść schabowego z ziemniakami. Nie wie, ale dostaję info, że w recepcji rozdają mapy z zaznaczonymi knajpami w okolicy. Czad, tego potrzebowałem. Mapka jest robiona głównie pod klientów hostelu – gringo. Czyli właśnie to, czego szukałem. Mapy burgerowni, pizzeri i fastfoodów. Opuszczam bezpieczny kokon i ruszam na miasto – w okolicy hostelu jest wg mapy przynajmniej 5 knajp z normalnym jedzeniem.

Po 40 minutach spaceru okazuje się, że 4 z tych miejsc nie istnieją a zaczyna zapadać zmrok. Nie przewidziałem tego, że ciemno zaczyna się tu robić koło godziny 18-19. Jakieś dziwne, umysłowe skojarzenie człowieka mieszkającego w Polsce dopasowało sobie świat na zasadzie „jest gorąco i duszno, czyli lato, czyli noce są krótkie”. W krajach bliżej równika ta zasada oczywiście nie obowiązuje, a dzień i noc zajmują mniej więcej tyle samo doby. Jestem masakrycznie głodny, mapkę można obić o kant pośladków, hostel jest w okolicy dziwnie wyludnionej w porównaniu do centrum, robi się szarówka a ja chodzę tu sobie z cała kasą przy sobie. Nie jest dobrze. Z niepokojem idę do ostatniego punktu, czyli pizzeri – jeśli ta okaże się zamknięta albo już nieistniejąca jak reszta, to będzie jeszcze gorzej, bo pójdę spać wyjątkowo głodny. Jest! Otwarte!

Pizzeria nie tylko wygląda schludnie, ale mają nawet menu, czyli odpadnie niezręczna próba dogadania się google translatorem przy jednoczesnym pokazie mojej gringowatości, co wg mojej wyobraźni i ówczesnej wiedzy mogłoby się skończyć 200% ceną. Menu jest po hiszpańsku i odkrywam, że coś z niego nawet rozumiem – kilkanaście godzin spędzonych w Duolingo na próbach nauki hiszpańskiego jednak coś pozostawiły, hah. Zamawiam taką o najniższym ryzyku gastrosensacji – ser, cebula, pieczarki i kukurydza. Jeśli to mi zaszkodzi, tzn, że najwyraźniej tak miało być. Cena dziwnie wysoka, 100 Bs za pizze (~70zł), taka jednak widnieje w menu, więc albo mają specjalne menu dla cudzoziemców (mało prawdopodobne), albo Boliwia jednak nie jest tak tanim krajem jak wszedzie piszą. Umieram z głodu więc nie powstrzymuje mnie to, tym bardziej, że gdy człowiek ma przy sobie gruby plik banknotów, to może się zrobić rozrzutny. Optymizmem nastraja mnie też to, że przy próbie zapłaty z góry przy zamawianiu miły, starszy Pan za ladą robi urażoną miną i podnosi rękę do góry w geście „nie”. Szanse są spore, że pizza będzie warta tych pieniędzy. Nie jest. Po 20 minutach dostaję coś, co wygląda jak ogromna, mrożona pizza. W smaku trochę lepiej, ale jeślibym coś takiego dostał w Polsce za 70 złotych, to wybuchnąłbym histerycznym śmiechem. Siedząc w boliwijskim przybytku mrożonej pizzy wzruszyłem jedynie ramionami (bo przecież nie zacznę się targować google translatorem) i pożarłem co mi przyniesiono. Wymuszony komformizm „Obcego w obcym kraju”.

 

 

Powrót do hostelu nie trwa długo – jest już ciemno, zrobiło się pusto i gdy mijam słabo oświetlony parking i plac budowy to mimowolnie przyśpieszam starając się utrzymać mowę ciała w trybie „nie, nie śpiesze się bo trochę się boję – po prostu się gdzieś śpieszę”. Czyli idę szybko ale bez spłoszonego, zbędnego zerkania na wszystkie strony. ABC miejskiego survivalu. W hostelu wpada mi w oczy tabliczka z informacją która jakimś cudem mnie ominęła, a jest istotna – śniadanie serwowane jest od 8:30. Fuck. Wg instrukcji od CIWY autobus zatrzymujący się przy parku odjeżdża o 9 – jeśli mam coś zjeść rano i nie utknąć w neurotycznej pętli podobnej do tej poprzedzającej pizzę, to jedyną opcją jest śniadanie tutaj, a to oznacza, że nie wyrobię się na ten autobus. Podróż ma trwać 6-7 godzin i siedzieć tyle na czczo mi się nie widzi. Następny jest o 14:30, czyli na miejscu byłbym jak już będzie ciemno. Odpada – jeśli cokolwiek pokomplikuje się po drodze, to mogę skończyć z bagażem, calym sprzętem i kasą gdzieś indziej niż w Ambue Ari, czyli np. w nocy na poboczu boliwijskiej drogi. Nie, dziękuję. Idąc dalej instrukcją CIWY, co godzinę odjeżdża autobus do miasteczka 50km od parku i tam podobno można już bez problemu złapać busa do Ambue. Liczę sobie i wychodzi, że jak wyjadę tam koło 10, to na miejscu będę koło 15, i ostatnie 50km to już będzie formalność, spory zapas czasu żeby w razie jakiegokolwiek fakapu mieć jeszcze trochę dnia do dyspozycji.

Wracam do pokoju, pakuję wszystko co rano mi się nie przyda – nie chciałbym wstać zamulony i zostawić czegoś istotnego w hostelu. Na wierzchu zostaje szczota+pasta, antyperspirant i ciuchy na zmianę, podłączam telefon do gniazdka, kładę się, wyczerpany i nażarty momementalnie odpływam. Pierwsza noc w Boliwii i zarazem ostatnia w Santa Cruz – następna którą spędzę w tym mieście będzie za 3 miesiące i wrócę tutaj wiedząc już, że ten hostel (jak i inne tzw „backpackerskie”) jest absurdalnie drogi bo jego targetem są gringo z dolarami i euro, a pizzeria musiała być pralnią pieniędzy bo w tym rejonie miasta nie ma nikogo kto na tak kosmiczną cenę mógłby sobie pozwolić. Tej nocy jestem jednak boliwijską świeżynką i zasypiam całkiem szczęśliwy – spalony na czerwono skwarek, któremu teraz bliżej do Parku niż dalej i którego dwuletni plan stanie się rzeczywistością już jutro.

 

 

Pierwszy wpis: klik

2 Responses

Leave a Reply